Nadeslane - z wiosennego Sopotu  
 

 
Zapomnialam juz jak wieje wiatr o tej porze roku.  Jest silny, porywisty, ostry.  Nie pachnie morzem, raczej zimnym lasem.  Przechadzam sie po znajomych ulicach, niby te same- a jednak duzo zmian.  Drzewa urosly, sasiedzi sie "posuneli", ktos zmarl, wyjechal... Jakies nowe dzieci sie kreca.  Kasztany bez lisci, z grubymi tlustymi paczkami wygladaja bardzo podobnie do naszej figi - jeszcze nagiej, rosnacej przy domu w Houston.  Zachodze do sklepow, patrze innymi oczami niz codzienni klienci, ale nikt o tym nie wie, nie domysla sie, ze nie jestem tutejsza.  Odczuwam cos w rodzaju emocji szpiega.  Znajomi zauwazaja, ze mowie  bez akcentu i chwala ze zdziwieniem, ze to jednak mozliwe.  Na Sopockie molo wchodzimy bez biletu, to jeszcze nie sezon.  Taka fucha!  Molo jest teraz w remoncie, wymieniaja grube drewniane pale, mozna wejsc tylko na samym poczatku, w czesci, ktora jest nad plaza.  Labedzi i kaczek jak zawsze nie brakuje, ale nie mozemy ich karmic, trzeba zejsc nad wode.  Jak zawsze wzdluz morza widac spacerujacych, glownie emerytow.  Mysle o plazy w Galweston o tej porze roku, czesciej widac biegajacych.  Za to w okolicach Uniwersytetu dorodna polska mlodziez - ladne dziewczyny, przystojni mlodzincy.  Po raz pierwszy zauwazylam, ze po wejsciu do glownego sopockiego gmachu nie czuje sie papierosowego dymu.  Zakaz palenia - obecnie przestrzegany.  Mlodzi z papierosami siedza na laweczkach wystawiajac sie do slonca.  Przed wejsciem do budynku stoi duzy woz dostawczy coca-coli.  Mysmy mieli mineralna albo oranzade, tylko czasem pepsi (wtedy 6 zlotych i to bylo duzo).  W "Chlewiku", naszym uczelnianym bufecie, nowe porzadki.  Nie, juz tu malo swojskiego.  Inne czasy... Na tablicy ogloszeniowej w akademiku informacja o nadchodzacych rekolekcjach i kartka dla zainteresowanych buddyzmem.  Jest tez ogloszenie o nauce tanca salasa.  Ktos sie wyuczyl angielskiego i zdecydowanym charakterem pisma obwieszcza, ze sprzedaje swoje 4 fachowe jezykowe podreczniki za 10% mniej niz poczatkowa cena. Takie rynkowe podejscie? - to dla mnie tez nowosc...
Niektore panie w portierni sa ciagle takie same... przesadny makijaz i upiornie rude wlosy!  Sa czujne, dumne i ciagle panuja!  Kazdy kto przechodzi kolo nich - bardzo ugrzeczniony. (Jak zawsze..)  No i ten zapach lizolu wymieszany z zapachem stolowki.  Wszystko to znajome i nawet sympatyczne.
Te post-studenckie melancholie bardzo mnie bawia.  Przypomina mi sie piosenka Maryli Rodowicz, ktora slyszalam po raz pierwszy w USA:

Kocham Wybrzeze, wlasciwie po 3 dniach czuje sie tam jak ryba w wodzie.  Wszystko jest blisko, kolejka podmiejska wszedzie szybko i sprawnie dojezdza.  Szkoda tylko, ze widzi sie tyle graffiti miedzy stacjami.  (A juz o pomste do nieba wola szkaradztwo tych malunkow na pieknie odnowionych starych budynkach!).
Wracam sama do domu rodzicow, ulica - jej srodkiem rzadko jedzie samochod.  To sie nie zmienilo.  W maluskich ogrodeczkach przed domami zakwitly przebisniegi, krokusy i wyszly pierwsze liscie tulipanow.  Spadl deszcz ze sniegiem, wieje silny wiatr, a w malutkich kaluzach na nierownych chodnikach mozna zobaczyc szare niebo, pedzace chmury.
W rece trzymam caly pek wilenskich palemek, ktore kupilam "pod kosciolem".  Te wezme ze soba do Houston. Happy Easter bedzie juz w Houston. Bazie i zonkile dostali ode mnie znajomi w Gdansku.  Kupowanie ich bylo dla mnie prawdziwa przyjemnoscia!  Ale tylko znajomi w Houston to zrozumieja.

Happy Easter, Wesolych Swiat - gdziekolwiek jestesmy!
Ela   

April 2003