| Nadeslane - z zimowej Nowej Zelandii | |||
|
|
NOWOZELANDZKIE
POLONICA Czesc I. Kiwi, pingwiny i pani Czesia. |
||
| Dom Celiny i Wojtka wisi nad wawozem i ma ogromne okna po obu stronach nieduzego saloniku. Troche malo widac, bo zapadl juz wczesny zmrok, ale za dnia musi tu byc pieknie. Pewnie juz tego nie zobaczymy, bo jutro wyruszamy w dalsza droge. I chociaz poznalismy przemilych gospodarzy dopiero przed chwila, przyjdzie nam sie z nimi pozegnac tez wlasciwie za chwile. I to raczej na dlugo, bo wycieczek do Nowej Zelandii nie robi sie codziennie. Chyba, ze tym razem to oni odwiedza nas w Houston. Gdzie domy sa wieksze, ale o widok trudniej. | |||
![]() |
Wlasciwie to wszystkie domy w Dunedin sa z widokiem. Miasto rozciagniete jest na na pagorzastym cyplu nad zatoka i nietrudno tu ustawic dom na stoku i do slonca. Ktore to slonce, notabene, bedzie w poludnie lekko na polnocy. Intuicyjnie bez sensu, ale logicznie w porzadku, w koncu to poludniowa polkula. Miasto udaje wieksze niz jest w rzeczywistosci. Drugie co do wielkosci miasto Poludniowej Wyspy ma zaledwie 150 tysiecy mieszkancow. Jest nieco tylko mniejsze od Radomia, i nieco tylko wieksze od College Station. | ||
|
Dom Celiny i Wojtka jest praktycznie nieogrzewany, jak prawie wszystkie nowozelandzkie domy. Za to trzaskajacy wesolo ogieniek na kominku dostarcza kochanego ciepelka wymarznietym przybyszom przezywajacym czerwcowy szok termiczny. Jest trzeci dzien naszego pobytu w Nowej Zelandii i ciagle nie mozemy sie przyzwyczaic, ze tu jest zima. “Taka tam zima “- mowi lekcewazaco Celina. “Taka tam zima “– madrzy sie Ewa, moja corka, tubylec od siedmiu bolesci i od czterech miesiecy. “Bylo juz zimniej” – dodaje. “I bedzie” – smieje sie Wojtek. “Ale moze jeszcze nie teraz” – mysle w duchu i skupiam sie wewnetrznie na afirmacji pogodowej. Przed nami bowiem wyprawa nie bylejaka. Trzytygodniowa ekspedycja przez gory, lodowce i przelecze Poludniowych Alp, ciesnine Cooka i wulkaniczne cudenka Rororui i parku Tongariro. Pogoda po prostu musi nam dopisac. Na razie idzie nam dobrze. Co prawda pierwszego dnia po przylocie lalo jak z cebra i wichura urywala glowy, ale juz nastepnego dnia bylo cieplo, slonecznie i bezwietrznie. Samochod odbieralismy juz na sucho. I bardzo dobrze, bo pierwsze momenty za kierownica po nie tej stronie samochodu i po nie tej stronie drogi sa zawsze traumatyczne, nawet przy suchej nawierzchni. Tubylcy w samolocie z Auckland do Christchurch mowili o wyjatkowo lekkiej zimie. Potwierdzaja to teraz gospodarze. Jesien byla okropna, lalo i wialo, ale za to zima zaczyna sie wyjatkowo lagodnie. Sniegu jeszcze nie ma na przeleczach, przez ktore musimy przejechac na druga strone wyspy. Ale to dopiero pojutrze, wiec wszystko moze sie jeszcze zdarzyc. “Prognoza….” - zaczynam. “Prognoz to ty nie sluchaj” – przerywa mi Wojtek – “Pogoda w Nowej Zelandii to wieczny kwiecien, co przeplata. Wszystkie cztery pory roku moga Ci sie zdarzyc w ciagu pol godziny” – dodaje. Ma racje. Doswiadczylismy juz tego na wlasnej skorze. Nasza dzisiejsza wyprawa na polwysep Otago potwierdzila to juz w calej pelni. Poranna jesienna slota z zimnym deszczem zamienila sie potem w gwaltowna, wiosenna burze, a skonczyla przesliczna tecza nad Pacyfikiem. Wiatr, ktory urywal nam glowy na przyladku albatrosow, godzine pozniej ucichl, i trzy mile dalej, u zoltookich pingwinow, bylo juz zacisznie, slonecznie i spokojnie. Albatrosy, pingwiny, kiwi. Nowa Zelandia to kraina przedziwnych ptaszysk. Kiwi na przyklad, to nie tylko archaiczny zabytek natury, krzyzowkowy bezlot i dziwadlo najwyzszego rzedu, ale rowniez popularna nazwa nadawana tubylcom. Nowozelandczycy sa jak kiwi - nieznani, niepozorni a jednoczesnie wyjatkowi. Wedlug maoryskiej legendy kiwi sam zrezygnowal ze skrzydel dla dobra innych ptakow. Ludzcy jego imiennicy nadali pierwsi na swiecie prawa glosowania kobietom, dbaja o przyrode, i staraja sie dojsc do ladu ze swoja wielorasowa populacja na drodze w miare pokojowych negocjacji. Unikalne w samej rzeczy. |
|||
![]() |
Puchate kiwi ze szczatkowymi mini skrzydelkami spotykamy w przeroznych wydaniach w sklepach z pamiatkami. Prawdziwe kiwi ogladamy w Christchurch w mini-zoo w samym srodku miasta, w calkowitej ciszy i po ciemku, bo ptaszek swiatla i halasu nie lubi.. Na swobodzie zobaczyc go trudno, duzo czesciej sie widzi znaki ostrzegawcze “Przejscie dla kiwi”! Nowozelandczycy maja bardzo cieply stosunek to tego puchatego nocnego marka i staraja sie jak moga uchronic go przed wyginieciem. Idzie im srednio, bo ptaszek ma sporo naturalnych przeciwnikow. Najgorsze sa przywiezione tu kiedys statkach szczury i oposy, ktore tepi sie tutaj bezlitosnie | ||
| Dla rownie jak kiwi rzadkich zoltookich pingwinow i albatrosow glownym wrogiem nie sa drapieznicy, ale cywilizacja. Albatrosy maja to w nosie, i tak wiekszosc swojego zycia spedzaja na wodzie, ale zoltookie maja gorzej. Podobnie jak kiwi nietowarzyskie potrzebuja dla siebie sporej przestrzeni. I to przestrzeni szczegolnej. W odroznieniu do calej reszty pingwiniarskiej braci, zoltookie lubia mieszkac w lesie, ale z dostepem do morza, na ktore wyruszaja w poszukiwaniu pozywienia. Na polwyspie Otago jest takie “Pingwinie Pole”, gdzie specjalnie wykopane transzeje podprowadzaja podgladaczy pod okienka z widokiem na pingwinie mieszkanka. |
![]() |
||
| Teraz siedzimy przy kominku i objadamy sie faworkami pani Czesi. Przywiezlismy je jako gosciniec z Oamaru, gdzie pani Czesia osiadla po zyciowych wedrowkach rozpoczetych jeszcze na Syberii. Urodzona w Polsce, wywieziona z rodzicami na Syberie, a po smierci tychze przeszwarcowana do Persji, poplynela pod koniec wojny razem z grupa 800 polskich sierot do dalekiej Nowej Zelandii. I tam juz zostala. Najpierw w Pahiatua na Polnocnej Wyspie, potem juz samodzielnie w Auckland, gdzie zawsze bylo najlatwiej o prace, a teraz na emeryturze w Oamaru. Na Wyspie Poludniowej, w polowie drogi miedzy Christchurch i Dunedin. W tymze Oamaru spotkala pania Czesie po raz pierwszy moja corka, wieziona przez Celine na krotkie Wielkanocne wakacje. Zostaly obie zaproszone na herbatke, ktora to herbatka, jak to sie czesto zdarza w porzadnym polskim domu, okazala sie duzym obiadem z zupa i deserem.. Na studentce Ewie, od kilku miesiecy odzywiajacej sie lekko zarowno ze wzgledow finansowych jak i na wegetarianskich wspollokatorow, ten obiad u pani Czesi zrobil duze wrazenie. A zwlaszcza serwowane tam miesko. Pani Czesia lubi robic ludziom dobrze. Jak nie piecze, albo gotuje, to szyje laleczki dla biednych dzieci. Laleczki w narciarkich czapeczkach. Razem z siostra pakuja je setkami i wysylaja dzieciom na Filipinach. | |||
![]() |
Z wdziecznosci za podkarmianie nam dziecka zawiezlismy wiec pani Czesi walowke rozmaitosci z polskiego sklepu w Houston. Bo to tutaj rarytasy. Zgodnie z raportami Ewy, polskiego sklepu na calej Wyspie Poludniowej nie ma. I wyladowalismy znowu na herbatce, po ktorej ciezko sie bylo ruszyc. A pod koniec wizyty obdarowani zostalismy wielkim pudlem faworkow. Dla Celiny I Wojtka. “Niech maja” –
poblazliwie powiedziala pani Czescia – “przeciez sami sobie nie usmaza.” |
||
|
“To prawda“- poswiadczaja gospodarze – “Faworkow nie smazymy.“ Za duzo zachodu dla pracujacej pary.” Wojtkek jest weterynarzem, a Celina uczy w tutejszej szkole ekonomii. Przyjechali do Dunedin prawie dwadziescia lat temu. Dwojka doroslych lubi podrozowac i robi to z zapalem przy kazdej okazji. Kiedy w lutym Ewa poleciala do Nowej Zelandii, ktos w Donkowej pracy przypomnial sobie mlodego czlowieka, moze z Australii , moze z Nowej Zelandii, podrozujacego kilka lat wczesniej po Ameryce. Pracowal przez kilka tygodni w klinice u Dr. Burzynskiego, a potem powedrowal dalej. Zostawil adres emailowy. Na ten wlasnie adres moj maz wyslal wiadomosc. “ Drogi Lukaszu, nie wiem co prawda jak daleko mieszkasz od Dunedin, ale …. i tu nastapil opis wyprawy naszej corki i zapytanie o ewentualny kontakt. “Ewa? - odpowiedzial nastepnego dnia Lukasz, syn Celiny
i Wojtka – “ Tak, znam. Poznalem ja wczoraj na obiedzie u rodzicow. “ Celina smieje sie perliscie, kiedy wspominamy te historie. Celina w ogole duzo sie smieje. Wyglada na osobe rezolutna, energiczna i pelna zapalu. Uczestniczy aktywnie w zyciu niewielkiej Polonii i lubi przygody. Ostatnia jej przygoda to statystowanie w filmie “Sylvia” kreconym niedawno w Dunedin. “Garderoby byly wspolne dla statystow i gwiazd” – opowiada z duma – “przebieralam sie obok Gwyneth Paltrow.” Obiecujemy, ze pozyczymy film i obejrzymy “jej sceny”. “Tylko nie ogladajcie calego.” – radzi Wojtek – “Okropnie depresyjny.” “Wystarczy te pare sekund ze mna – smieje sie znowu pani domu – “migne tam raz czy dwa w rozowym kostiumie i dzieki temu dosyc latwo mnie zauwazyc”. Szkoda pozegnac milych gospodarzy, plonacy wesolo ogieniek, faworki pani Czesi, ale jutro czeka nas wielka wyprawa przez Alpy Poludniowe. Trzeba spakowac lary i penaty i wyruszyc wczesnie, bo do przejechania sporo, a pogoda jak zwykle niepewna. Czekaja nas paprociowe drzewa, lodowce i majestatyczne gory. Ale o tym juz napisze nastepnym razem. Beata, 8/1/04 |
|||
| Czesc II. Paprocie, lodowce i Adam wedrowniczek. | |||
|
Wyslij link do tej strony znajomym - Wyslij komentarz do Forum Polonia |
|||