Nadeslane - z zimowej Nowej Zelandii  
 


NOWOZELANDZKIE   POLONICA

Czesc II. 
Paprocie, lodowce i Adam wedrowniczek.
     “Nie polecicie do Dimrill Dale” powiedziala nam Elspeth – “Pogoda sie zapowiada beznadziejna i helikopter nie wystartuje. Chyba, ze cos sie zmieni. Wiecie, pogoda w Nowej Zelandii…” “Wiemy, wiemy” - przerywamy dosyc bezceremonialnie. Po tygodniu wiemy juz, ze na nic nie nalezy liczyc, ale tez nie nalezy sie zniechecac. “Nie to mnie jednak martwi “ – dodaje Elspeth po chwili – “ale fakt, ze nie zobaczycie widoku z okna sypialni”. Gospodyni naszego kolejnego noclegowiska wpadla na chwile, zeby sprawdzic, czy wszystko w porzadku i zostala na dluzsza pogawedke. Przyniosla domowe ciasteczka, sniadanie na nastepny ranek i …zaciekawienie. A kto my tacy, a jak wygladamy, skad nas przynioslo. To takie typowe dla wszystkich gospodarzy wynajmowanych domkow. Lubia pogadac z przelotnymi ptakami z nierzadko dalekich stron swiata przysiadajacyh u nich na chwile. A i my to lubimy. Bo dowiedziec sie mozna wiele. O okolicznych atrakcjach, o tym jak ludzie zyja, o samym kraju. Wiecej niz z przewodnikow turystycznych czy internetu. 

     Espeth zna nas tylko z emailowej poczty.  Napisalam do niej z Houston caly elaborat. Bylo to w porze Oskarow i cala bylam w skowronkach z powodu fenomenalnego sukcesu “Wladcy pierscienia”.  Cieszylam sie z cala Nowa Zelandia sukcesem filmu i dalam temu upust w emailu do nieznanej mi kobiety o elfim imieniu. Elspeth reklamowala na internecie domek do wynajecia niedaleko filmowych plenerow Jacksona. 
    Polozony na wzniesiemiu na Zatoka Marlborough, mial miec dookola gory, a przy dobrej pogodzie mozna bylo zobaczyc wrecz kawalek Tasmanskiego morza. No i co najwazniejsze, z pobliskiego lotniska odlatywaly helikoptery wycieczkowe do Dimrill Dale, jednego z “piescieniowych” plenerow. Mielismy te wycieczke w planie, ale pogoda splatala nam figla. Rano lalo jak z cebra i “Nelson Helicopters” odwolalo wycieczke. Widoku, ktory nas tak zachecil do domku Elspeth, jednak nie stracilismy. Nastepnego dnia z samego rana wyszlo piekne, prawie letnie slonce i sami moglismy sie przekonac, ze Elspeth nie przesadzala. Widok byl rzeczywiscie szerokoekranowy. 
     Byl to juz nasz ostatni postoj na Wyspie Poludniowej. Za nami prawie dwa tygodnie podrozy. W ciagu ostatniego tygodnia kilometrow przejechalismy sporo. Jezdzi sie fajnie, dosyc spokojnie, chociaz zakretow zatrzesienie i drogi waskie, ale za to ruch nieduzy. Jeszcze. W gorach ciagle sniegu malo i pewnie dopiero za miesiac zaroi sie tu od Australijczykow. Bo Alpy Poludniowe to i dla nich zimowy raj. Tak jak kiwi, maja predylekcje do sportow ekstremalnych - dziwacznych i niebezpiecznych. Z fantazja odkrywaja coraz to nowe sposoby na zlamanie sobie karku. Bungi, heliskiing, deski wszelakiego ksztaltu i fasonu, oraz zorbing – turlanie sie z gorki w ogromnych plastikowych kulach, w srodku ktorych zawiesza sie ochotnika na pasach i wlewa mu dwa kubly wody do srodka. Rewelacja. Omijam te atrakcje z daleka, nie tylko dlatego, ze sniegu jeszcze nie ma. Skakanie z mostu glowa na dol z gumka uczepiona do nogi jakos nie przemawia mi do wyobrazni. Albo moze wlasnie za bardzo. 
     Od Dunedin do domku Elspeth w okolicy Nelson przejechalismy Poludniowa Wyspe w poprzek, i na ukos, od polwyspu Otago przez lodowce zachodniego wybrzeza do zatoki Marlborough. Krajobrazy zmienialy sie nam po drodze jak w kalejdoskopie. Wszedzie po drodze, niezaleznie od zmieniajacego sie klimatu rosly malownicze krzakowiska flaxu, tubylczego odpowiednika lnu, zmieniajace kolory w zaleznosci od oswietlenia. To ulubiony material tworczy Maorysow; potrafia wyplesc z tego prawie wszystko. Jeszcze w Dunedin Ewa poszla na krotki kurs flaxowego rekodziela i teraz potrafi z przydroznego liscia wykreowac kwiatowe cudenko. Potem przewieziemy te cudenka do Houston. Przypominac nam beda te wspaniale wakacje 
      W drodze mijamy rzedy toskanskich topoli nad rzeka Chutna, paprocie w sniegu na przeleczy Haast, osniezone szczyty Mt. Aspiring i Cook, i alpejskie jeziora w Wanaka. Nowa Zelandia to wyspa osobliwosci przyrodniczych. Z powodu calkowitego odosobnienia i niewielkiej populacji ludzkiej, przyrodzie w Nowej Zelandii troche sie udalo. Co prawda tubylcy wytrzebili moa, a i drzewa kauri tez ledwo juz zipia, ale i tak lasy przydrozne ciagle jeszcze zadziwiaja roslinnoscia niespotykana gdziekolwiek indziej. Czasami czujemy sie jak prehistorycznej dzungli. Paprocie sa wszedzie i najwyrazniej dobrze im tutaj, bo nie dosc, ze w swietnej formie przetrzymuja okresowe opady sniegu, to wyrosnac potrafia do ogromnych rozmiarow jak w na obrazach Celnika Rousseau.   
     Ponga to maoryska nazwa drzewa paprociowego. Duzo drzew tutaj zachowalo w potocznej mowie swoje maoryskie nazwy.  Ptaki tez. Ptaki, dziwaki. Kea na przyklad to tutejsze skrzyzowanie papugi z jastrzebiem. Pukeko maja jaskrawo-czerwone nogi i chetnie pokazuja sie na poboczach drogi. Weka, taka wiecej dzika kura, podchodzi czasem po jedzenie na postojach. A najmniejszy z nich, nowozelandzki golabek, nie ma maoryskiej nazwy, za to ma smieszny wachlarzykowaty ogonek. Magda jest zachwycona. Jest czlonkinia stowarzyszenia amatorow oritologow (Audubon Society) i ptaszki wszelakiego autoramentu to jej pasja. Najbardziej ciesza ja takie, ktorych jeszcze nie widziala, a o takie tutaj nietrudno. Co prawda kiwi nic nie przebije, ale nasz maly wachlarzyk ma nad kiwi ogromna przewage. Jest go wszedzie pelno. Jest bardzo towarzyski i lubi krecic sie kolo ludzi. Tylko zdjecie temu wiercipiecie zrobic jest trudno. Latwiej juz bylo z pingwinami. 
    Spotykamy tez inne ptaki, przelotne jak my. Nalezy do nich Adam wedrowniczek. Nie dowiemy sie ani co robi, ani skad pochodzi. Mignie nam w drodze jak meteor, potwierdzajac raz jeszcze regule, ze Polakow wszedzie pelno. Spotykamy go niedaleko lodowca Franza Jozefa. Dojezdzamy tam zmeczeni i glosno deliberujmy po polsku, czy wybrac sie na grupowa wycieczke, czy raczej podejsc do czola lodowca spacerkiem i bez grupy. Adam zainteresowany podchodzi do nas na chwile, i szybko traci zainteresowanie po dowiedzeniu sie, ze jedziemy w przeciwna strone. Jest w podrozy dookola swiata i chyba mu sie spieszy. Lodowiec juz widzial, a teraz chcialby jak najszybciej dojechac do Queenstown. 
     My natomiast spacerkiem do czola lodowca docieramy przez zmrokiem. Niebieskawa masa lodowa, popekana i brudna, jest z zupelnie innego swiata niz zostawione za nami paprociowce z krainy deszczowcow. Roslinnosc tutaj jest raczej alpejska - mchy i skalniaczki. Nic wiecej nie ma szans na przetrwanie w tej ponurzastej dolinie z niezdecydowanym lodowcem. Raz sie posuwa do przodu, a raz cofa, zaleznie od ilosci opadow w Poludniowych Alpach. Ostatnio idzie do przodu i to dosyc szybko. Za to doslownie kilka kilometrow dalej zrobi sie z powrotem zielono i drzewiaste paprocie beda kroluja w lesie nad jeziorkiem Matheson.
     Powoli oswajamy sie z kontrastowymi krajobarzami. Z krzyzem poludnia dominujacym obce nam niebo i nieznane gwiazdy. Po dwoch tygodniach podrozy zmieniamy wyspe. Zegnamy goscinny domek Elspeth. Pamietac bedziemy dlugo doskonaly jogurt z brzoskwiniami w syropie. W Picton wjezdzamy na prom, ktory przewiezie nas przez ciesnine Cooka.
     Kiedy z zatoki wyplywamy na otwarte morze promem zaczyna lekko kolysac. Donek podsypia, Magda pisze kartki, a Ewa z lezka w oku wpatruje sie w oddalajace brzegi Poludniowej Wyspy. Zostawia za soba przyjaciol i cztery miesiace swojego zycia. 

     Plyniemy teraz na polnoc, gdzie ludniej i cieplej. Znowu odwrotnie niz po naszej stronie rownika. Czekaja tam na nas wulkany Tongariro, podziemne swietliki jaskin Waitomo i hobbity w Matamata. Czyli ciag dalszy nastapi. 
Beata, 8/9/04
Czesc I.  Kiwi, pingwiny i pani Czesia.

Wyslij link do tej strony znajomym     -    Wyslij komentarz do Forum Polonia