| Nadeslane - z zimowej Nowej Zelandii | |||
|
|
NOWOZELANDZKIE
POLONICA Czesc III. Czarna woda, haka i Kowalscy z Australii. |
||
|
“Tylko prosze bez zadnych smiechow” – mowi przewodnik w autobusie do Tamaki Village – “ Maoryska ceremonia powitalna jest na serio i chociaz dla przecietngo Pakeha moze wydac sie niepowazna, to zarty prosze schowac do kieszeni”. Pakeha to my. Biali naplywowi z Europy, w odroznieniu do Maori, ciemnoskorych naplywowych gdzies z Polinezji. Prawdziwi tubylcy to chyba tylko kiwi i wymarle juz moa. Nasz autokar pelen jest takich Pakeha, z Europy, Australii, Azji, obydwu Ameryk. Jedziemy na koncert i hangi do maoryskiego skansenu zalozonego przez braci Tamaki za dochod ze sprzedazy ukochanego Harleya Davidsona. Bylo to dobre dziesiec lat temu i obaj odkupili pewnie tego Harleya i pare innych, bowiem przedsiebiorstwo rozywkowe pt. “Wioska Tamaki” kwitnie. Nasz przewodnik, sam dosyc rozywkowy Maorys, po drodze uczy nas paru zwrotow w swoim jezyku. Kia Ora znamy juz wczesniej. Wedlug przewodnika oznacza “Witamy”, ale teraz okazuje sie, ze nie tylko. Rowniez “Dziekuje”, “Prosze”, “Ale fajnie”, “Jak sie masz “,“Do widzenia”- niepotrzebne skreslic. Bardzo wygodne. Uzbrojeni w Kia Ore i numer naszego autobusu po maorysku jestemy prawie gotowi stawic czola plemieniu Tamaki. Jeszcze tylko potrzebujemy wodza. Tego, co to dotknie sie nosami z wodzem gospodarzy. Ochotnik na wodza, niejaki Errol z Londynu, przyjety przez aklamacje przez cale autobusowe plemie, zostaje dokladnie poinstruowany w powitalnej etykiecie. Wodz Errol jest nieduzy, ciemnowskory i wesoly. Ma na glowie mase rastafarianskich warkoczykow i mowi cockneyem prosto z londynskiego metra. |
|||
![]() |
Na miejscu dolaczaja do niego wodzowie czterech innych autobusow i ustawiaja nas wszystkich polkolem przed ostrokolem otaczajacym wioske. Jest ciemno, oczy przyzwyczajaja sie nam po chwili do zmroku i w swietle pochodni widac polnagiego wodza wykonujacego niezykle skomplikowany taniec powitalny. Wodz zachowuje sie najpierw ostroznie i podejrzliwie, potem niechetnie, jeszcze potem wojowniczo, a w koncu zamiera przed grupka naszych wodzow w zdecydowanie agresywnej postawie. Zza zeriby odzywaja sie wtedy spiewnie glosy kobiet wyrazajac ostateczna akceptacje gosci. Wodz jakby lagodnieje, laskawie zbliza sie do naszych wodzow, dotykaja sie lekko nosami, i mozemy juz wchodzic. | ||
| Spacerujemy teraz po wiosce rozswietlonej pochodniami. Ogladamy cos w rodzaju zywych obrazow – dziewczyny uplataja flax, chlopaki walcza na kije, kobiety odprawiaja tajemnicze rytualy przy ognisku. Przypomina to z lekka cepeliowski skansen, albo biblijne drive-through przed Swietami. Magda pomrukuje wrecz cos o cyrku, albo zoo. Czujemy sie z lekka zawiedzeni, ale nie na dlugo. Atmosfera zaczyna sie nam udzielac, powoli rozmowy cichna, w przeblyskach chybotliwych plomieni widac czerwonawe rzezby na dlugim parterowym budynku. To plemienny dom spotkan - wharenui. Wykrzywiaja sie do nas twarze sztywno wyprostowanych, drewnianych tekoteko i siedzacych w kucki tiki z wywieszonym jezykiem. Otwieraja sie drzwi, wchodzimy do srodka i maoryscy tancerze zaczynaja hake (posluchaj). | |||
![]() |
Maoryska haka to pelen wigoru taniec wojenny. Z przekonania zagorzala pacyfistka jakos nigdy nie moglam sie oprzec zawadiackiej muzycznej wojence. Te mazurki nim poranek swita i ulani malowani za nic nie chcieli mi sie skojarzyc z okropienstwem krajobrazu po bitwie. Teraz tez pokazywanie jezyka, przewracanie oczami i klepanie sie z przyklaskiem po muskularnych ramionach nie wyglada specjalnie groznie. Za to zadzierzyscie i zamaszycie. Melodia jest rytmiczna, maoryscy chlopcy sa przystojni, maoryskie dziewczyny ladniutkie. Wszyscy mogliby, co prawda zrzucic te pare funtow bez specjalnego uszczerbku dla zdrowia i wygladu, ale mnie to nie przeszkadza. Nie bedzie przyganial kociol garnkowi. | ||
| Po hace jestem kupiona, jak i cala reszta autobusowych plemion. W rytm milknacych dzwiekow muzyki ruszamy zadzierzyscie i zamaszycie na hangi – czyli bufetowe obzartswo w maoryskim wydaniu. Nasze kai - jedzenie- upieczone jest w przysypanych ziemia kopczykach. Sklada sie z obfitosci miesa - wolowiny, kurczaka, baraniny i niewielu warzyw. Nic dziwnego, ze Maorysi tak dobrze wygladaja, pojesc to u nich mozna. Przy dlugich stolach siadamy przypadkiem obok australijckiej pary przysluchujacej sie z zaciekawieniem naszej rozmowie. Okazuje sie, ze obydwoje sa Polakami w drugim pokoleniu, po polsku juz nie mowia, ale jezyk rozpoznaja. Kiedy w powrotnej drodze na prosbe przewodnika zaintonujemy “Sto lat” nasi australijscy Kowalscy przylacza sie do chorku i nasza mala grupka spokojnie zagluszy cala reszte. A jeszcze jak Ewa odspiewa z fasonem swoj teksaski hymn szkolny, nasz polsko–teksaski wystep zostanie nagrodzony zywiolowymi oklaskami autobusowego plemienia. To nasz pozegnalny wieczor w Rototui. Spedzilismy tu az trzy dni i naprawde warto bylo. | |||
![]() |
Rotorua to historycznie pepek turystyczny
Polnocnej Wyspy. Zamozni
brytyjczycy przyjezdzali tu kiedys do wod, moczyc sie w goracych zrodlach
i ogladac spektakularnie piekne Rozowe Tarasy uwazane za osmy cud swiata
duzo przed odkryciem |
||
| Widac to tez w Parku Narodowym Tongariro. Malownicze pasmo stozkow wulkanicznych przypomina, ze wulkany to tez nowozeladzkie realia. Najwyzsza z nich gora, Ruapehu, pokazala co potrafi stosunkowo niedawno. Popsula nowozelandczykom sezon narciarski roku 1996. Kiwi tak latwo przestraszyc sie jednak nie da, przyzwyczaili sie juz do swojej tektonicznie nieobliczalnej wyspy i pomimo calkiem reallnej mozliwosci ponownego wybuchu Tongariro stanowi dalej popularny osrodek sportow zimowych. Przy ostatnim przejawie aktywnosci Ruapehu zawiedzeni narciarze wraz z wlascicielami okolicznych hotelikow wystawiali krzesla na droge i zabawiali sie obserwowaniem widokiem stozka plujacego dymem i deszczem kamieni. |
|
||
| Przez Tongariro przejechalismy tylko w drodze do Waitomo, na nasza najbardziej “ekstremalna” przygode - splyw na detkach podziemna rzeka. Nie zamowilam jej wczesniej, bo liczylam na pozasezonowe pustki na turystycznych szlakach, ale okazalo sie, ze splyw czarna woda, bo tak to ktos ochrzcil z fantazja, cieszy sie spora popularnoscia niezaleznie od sezonu. Wszytkie przedpoludniowe grupy byly juz skompletowane. A po poludniu to nas juz tu nie bedzie. “Jaka szkoda” – jecze rozpaczliwie panience przy kompurerze – “a tak sie szykowalismy. Taki kawal swiata przejechalismy, a tu taki zawod.” Panienka wspolczujaco kiwa glowa, gawedzi przez chwile przez telefon i kilka minut pozniej znajduje sie nowy przewodnik dla naszej czworki. | |||
![]() |
Dolacza do nas zachwycone takim obrotem sytuacji nowozelandzkie rodzenstwo, Emma i Oliver i od razu zaczynamy sie przebierac w gumowe ocieplaki.Ktore to ocieplaki na razie ocieplaja nas srednio. Przebieranie przebiega na zewnatrz, a przy temperaturze jak w polski marcowy poranek, mokra guma nieprzyjemnie przylega do ciala. Po pierwszych dziesieciu minutach szkolenia nie tylko robi mi sie jeszcze zimniej, ale tez strach z lekka zaczyna sciskac mnie w dolku. Z gumka u nogi i glowa na dol co prawda skakac nie trzeba, ale skakanie jako takie jest w planie wycieczki. | ||
|
Po drodze jest podziemny wodospadzik i nasza przewodniczka, Judy, zarzadza probne skoki do wartko plynaczej rzeki. Z chybocacej deski, z detka wcisnieta mocno na tylna czesc ciala i tylem. Spanikowane do nieprzytomnosci odmawiamy z Magda kategorycznie i Judy w koncu pokazuje nam inne rozwiazanie. Gieroje, Donek i Ewa, przypatruja sie nam z politowaniem jak zeslizujemy sie do lodowato zimnej wody obok niewielkiej skoczni. Oni naturalnie juz skoczyli i razem z Emma i Oliverem niecierpliwie przebieraja nogami. Ruszamy gesiego za Judy w jaskinie. Jest ciemno, mamy na glowach kaski z latarkami gornikow i oswietlamy sobie wzajemnie droge. Troche idziemy, troche podplywamy, przeciskamy sie przez waskie przejscia, omijamy glebokie dziury w dnie podziemnej rzeki. Po drodze kurczowo lapie sie wystajacyh glazow, przytapiam w jakiejs glebokiej dziurze, zachlystuje sie zimna woda, detka dwa razy ucieka spode mnie, ale powoli panika mija i kiedy podchodzimy do wodospadu, udaje sie nam z Magda zrehabilitowac i pokonac przeszkode w dobrym stylu. Po godzinie docieramy do spokojniejszego odcinka
rzeki. W stanie ciaglego skupienia na przetrwaniu nie mam nawet czasu na zastanowienie sie, po co ja to wlasciwie robie. Wyjasnia sie to za nieduza chwile. Przemoknieci, zziebnieci do kosci, nie czujacy palcow u stop przemarznietych w lodowatej wodzie, na komende Judy robimy detkowego weza i wygaszamy latarki na glowach. Splywamy czarna woda podziemnej rzeki z zadartymi do gory glowami i gapimy sie w mleczna droge. Swieca nad nami miliony arachnopoda luminosa, podziemnych swietlikow. Oczarowani i zachwyceni przez reszte dnia powtarzac bedzie sobie przy kazdej okazji “Kia Ora - Fajnie bylo”. Polnocna wyspa pelna jest niepodzianek i atrakcji. Raz jeszcze wsiadziemy do autobusu z maoryskim przewodnikiem,, ale tym razem powiezie on nas w kraine fantazji. Do tolkienowej krainy hobbitow stworzonej przez filmowcow na farmie rodziny Alexander. Wlasciciele farmy nigdy Tolkiena nie czytali. Pozwolenie na zbudowanie pleneru wydali dosyc latwo sympatycznemu brodaczowi w krotkich spodenkach, kiedy pojawil sie u nich z propozycja nie do odrzucenia. Jackson zobaczyl wymarzony plener z helikoptera. Okoliczne pagorki mial juz upatrzone od dawna, potrzebowal jednak kawalek terenu bez widocznych sladow cywilizacji, daleko od drogi i ciekawskiej gawiedzi.. |
|||
| Farma Alexandrow niedaleko miasteczka Matamata okazala sie idealna, nawet wlasciciele nie wykazywali wiekszego zainteresowania co sie tam dzieje majac wazniejsze sprawy na glowie, a mianowicie pare tysiecy owiec do obsluzenia. Dopiero kiedy sasiedzi zwrocili im uwage, ze wojsko z ciezkim sprzetem im rozjezdza boczne drogi troche sie zainteresowali. Ale nie za duzo. Narod tutaj spokojny, ruchu duzego nie ma, wiecej korkow drogowych powoduja owce przepedzane przez pasterzy na motocyklach niz samochody, wiec tubylcy do filmowcow przyzwyczaili sie latwo i nikt nikomu w droge nie wchodzil.. Od czasu do czasu trzeba bylo tylko pogonic ciekawskiego fotoreportera. |
|
||
![]() |
Teraz hobbicie okienka wyrzniete w zielonych pagorkach stanowia spora atrakcje turystyczna. Tolkienowszy fanatycy z calego swiata przyjezdzaja na pielgrzymki do jeszcze niedawo zupelnie nieznanej Matamaty posluchac fascynujacych opowiesci jak rodzil sie Shire. Podobno nawet bracia Alexander przeczytali w koncu "Wladce pierscieni". Okoliczna plotka mowi, ze nie byli zachwyceni. A mysmy tez tam byli, zdjecia porobili i teraz pokazujemy z duma i nostalgia . Piekna jest Nowa Zelandia, piekne sa obie wyspy i warto poleciec nawet na koniec swiata, zeby je odwiedzic! Kia Ora! | ||
| Beata, 8/17/04 | |||
| Czesc I. Kiwi, pingwiny i pani Czesia. - Czesc II Paprocie, lodowce i Adam wedrowniczek. | |||
|
Wyslij link do tej strony znajomym - Wyslij komentarz do Forum Polonia |
|||