|
|
…luźny
fragment japońskiego
pamiętnika Ewy Manek,
w wolnym tłumaczeniu rodzicielki..
Jak na coś, co składało się głównie z drobnych, acz irytujących
nieprzyjemnosci, to Festiwal Hasebe był wydarzeniem nadspodziewanie
fajnym. Zwłaszcza, że na końcu udało mi się zbulwersować całą szkołę
anonsem, że z przyjemnością powtórzę to w przyszłym roku. Nikt się tego
nie spodziewał!
Dzień zaczął się o dziesiątej rano (no, moze trochę wcześniej, bo
musiałam się przecież obudzić, wziąć prysznic, ubrać, i tak dalej..),
kiedy to poszłam do miejskiego centrum informacji przebierać się w
kostium. Zajęło to, jak na mój gust, stanowczo zbyt dużo czasu, głównie
dlatego, ze całe osiemnaście paradujących dziewczyn wymagało
półgodzinnego starannego makijażu. A tylko trzy kobiety posiadały
wystaczająco kwalifikacji i dobrej woli. I to na początku, bo potem
zostały dwie, a w końcu tylko jedna, jako że reszcie się znudziło.
Pierwsze godziny nie były takie złe, bo większość uczestniczek parady to
moje uczennice, i fakt mojej tam obecności był dla nich cudownym, a
jednoczesnie prześmiesznym wydarzeniem. Czemu dawały wyraz
niejednokrotnie i entuzjastycznie.
W paradzie szły trzy grupy postaci. Musha, czyli mężczyźni-wojownicy,
onna musha, czyli kobiety-wojowniczki, oraz koshimoto, czyli panny
służące. Ja byłam wojowniczką, co niestety wymagało stroju i
skomplikowanego, i niewygodnego. Najpierw zakładało się takie coś
czerwone podspodnie, na to coś w rodzaju naramienników ochronnych
wiązanych pod pachami, a jeszcze potem - metalowe napierśniki. Na to
wszystko razem szła wielgachna pomarańczowa koszula–kimono z rękawami
zebranymi wokół łokci w ogromne bufiaste wały. Do tego szerokie
pomarańczowe spodnie i ochraniacze na uda. To wszystko było bardzo….
pomarańczowe.
I cieplutkie. I sztywne. I trudno w tym było oddychać. I jak ktokolwiek
mógł kiedykolwiek w takim czyms walczyć, to ja nie mam pojęcia. Ledwo
mogłam poruszać ramionami. A co dopiero iść w tym do kibelka… Na domiar
złego, ten cały strój, na moje oko, nie miał prawa nikogo przed niczym
ochronić. No i mnie jest fatalnie w pomarańczowym …
Jak nas już ubrano, to zaczęliśmy paradować. Na początku naszej kolumny
jechał powoli samochód z głośnikami, z których wydobywało się osiem
monotonnych taktów muzycznych. W kółko. Tych samych. Nie znam melodii,
ale efekt był mniej więcej taki, jakby ktoś grał godzinami Bolero Ravela.
Za samochodem maszerowali wojownicy, za nimi my - wojowniczki, a za nami
stąpal koń z siedzącym na nim facetem przebranym za feudalnego władykę.
Za koniem panny służące. A na końcu wóz z małżonka władyki oraz owego
władyki dzieciakami.
W tym momencie pozwolę sobie zakwestionować znane stwierdzenie, że
lepiej jest iść przed koniem niż za. Z takiego to niby powodu, że nie
trzeba uważać, w co się wdepnie. JEDNAKŻE, chciałabym zauważyć, że
jeżeli taki koń jest z gatunku nadpobudliwych, to posiadanie go z tyłu
poważnie grozi podgryzaniem. Najpierw włosów, a potem, kto wie…
I nie wiadomo na czym takie podgryzanie się skończy. Ludzie mogą na
przykład zacząć znikać. Jeden za drugim. I za każdym razem jak się
obejrzysz… to tych ludzi będzie coraz mniej. Pomiędzy tobą, a tym koniem.
A za to koń będzie CORAZ BLIŻEJ!
Ale to tylko mała dygresja.
Jak przemaszerowaliśmy już prawie przez całe miasto, to dołaczyła do nas
druga kolumna, w której paradowali gościnnie tancerze z Kobe i grupa
gimnastyczna z Anamizu. Troche mnie zezłościło, ze nie moge ich sobie
obejrzec, ale coz, na kazdej paradzie podobno musi troche popadac… Albo
nie troche, tylko całkiem sporo, zwlaszcza jak to jest deszczowy sezon i
jest sie w Japonii. Z drugiej strony w takich na przykład Indiach w
sezonie monsunowym byłoby jeszcze gorzej. A tutaj naprawde to wcale nie
padało, chociaz mogło. Za to było nieludzko goraco, i wilgotno, i ani
śladu nawet najmniejszego wiaterku. Prawie jak w Houston w lecie.
I dlatego aż do tej pory się zastanawiam, dlaczego to mi się tak
podobało. No, nie. Łżę jak rusałka, bo tak naprawdę to dokładnie wiem,
dlaczego. Otóż, bawiło mnie niepomiernie obserwowanie reakcji na mój
widok u prawie wszystkich mieszkańców Anamizu. To była spora rozrywka.
Wsród gawiedzi było sporo moich uczniów zarówno ze szkoly średniej jak i
z gimnazjum. Niektórzy pokrzykiwali, że wyglądam bardzo fajnie. Co
oczywiście bylo wierutnym łgarstwem, ale bardzo milutkim (tylko jeden
głuptak z pierwszej średniej powiedział do kogoś, że wyglądam jak stara
wiedźma. Pewnie myślał, że nie znam tego wyrażenia po japońsku. I tu się
pomylił! Bo znam. I zgadnijcie teraz, kto będzie moim asystentem w
czasie codziennych demonstracji wymowy angielskiej przez następne
tygodnie (ha, ha!).
Najwięcej wrzasku robili moi uczniowie z gimnazjum, co było bardzo
pocieszne. Większość reakcji nieznajomych brzmiała mniej więcej tak “O
popatrz! Gajdzinka! Hej, patrzy się tutaj, szybko rób zdjęcie! ". A tych,
co mnie znali tak "Czy to...Ewa? Tak jest! Hej, patrzy się tutaj, szybko
rób zdjęcie! " I natychmiast przenosili uwagę na faceta na koniu, który
po pierwsze miał lepszy kostium, a po drugie oczywiście siedział na
koniu, co bylo bardziej ekscytujące. Więc ten mój moment niestety szybko
przemijał. Co dodaje się nieźle do mojej konfuzji na temat dlaczego
właściwie to mi się tak podobało. ąłę󿌜ćźń
Na koniec dowędrowaliśmy główną drogą do posterunku policji, gdzie
wydano nam wilgotne ręczniki i herbatkę do picia. I tak zakonczył się
Festiwal Hasebe. Za te moje trudy zapłacono mi całe 25 setek jenów,
czyli coś koło 25 dolarów. Co po przeliczeniu tłumaczy się na około
cztery dolary za godzinę. Nie jest to dużo, ale hej… , częścią opłaty są
wspomnienia. Czy jakoś tak… Poza tym udało mi się załapać na artykul do
szkolnej gazetki. Najwidoczniej wszyscy inni szkolni dziennikarze poszli
sobie w tym czasie na mecz. |
|