Pocztówka z Bangkoku
czyli świątynie, taksówki i transport wodny

 
 

– Ja powinnam w ogóle zrezygnować z podróży – powiedziała Ewa do słuchawki. Kiedy Jayne wywołała mnie do telefonu z właśnie rozpoczętej konferencji ARTC w Bangkoku, nogi się pode mną ugięły. Spodziewałam się Grażynki z Houston wzywającej mnie do natychmiastowego powrotu. Odetchnelam z ulgą po usłyszeniu głosu Ewy i jej informacja, że nie zdążyła na połączenie w Tokio już w ogóle nie mnie zmartwiła. – Nie mam szczęścia do latania – lamentowało zezłoszczone dziecko, przypominając nam obu ubiegłoroczną przygodę na Hawajach. Wtedy przyleciala o jeden dzien za wczesnie, teraz przyleci za późno, wielkie rzeczy! Traciłyśmy w ten sposob raptem połowę środy, bo następny samolot dolatywał do Bangkoku rano następnego dnia.

– Nie martw się – pocieszałam - zdążysz na najfajniejszy kawałek wycieczki. Rezerwację na nocny Bangkok z łódki mamy na jutrzejszy wieczór! Jedyne co stracisz, to przyjemność oglądania nudnej prelekcji w wykonaniu twojej matki.

– Ooooo… – autentycznie zmartwiła się Ewa, radując moje matczyne serce. – A ja naprawdę chciałam ciebie posluchać…

Zeszłego lata wysłałam artykuł na Azjatycką Konferencję Rafineryjno- Petrochemiczną w Bangkoku. Zrobiłam to tak sobie, dla hecy, bez specjalnej nadziei na sukces, bo już kiedyś mi taki artykuł odrzucono. Pod pretekstem, że niby tematem nie pasował. Ale tym razem pasował i artykuł mi przyjęto. Co dziwniejsze, moja firma znienacka postanowiła, że Bangkok to strategiczne miejsce dla naszych interesów w Azji i trzeba mnie tam wysłać.

Ucieszyłam się niezmiernie i pomyslałam o Ewie. Dla niej, jak mi się wydawało, to blisko, raptem skok przez Morze Japońskie. A niech się dziecko w tropikach ociepli w środku japońskiej zimy. Po sprawdzeniu na mapie okazało się, że skok jest prawie taki, jak stąd do Europy, ale dziecko się napaliło i w marcu postanowiłysmy się spotkać. Na krótko, na parę dni po konferecji, bo obu nam pilno było z powrotem, jej do szkoly, mnie do Donka. Który na czas mojego wojażu korzystal z gościnnego zaproszenie Buszaców w Champion Forest.

W ten oto sposób, na początku marca, wylądowałam w samym środku tropikalnej nocy. I tam się zaczęła moja przygoda z tajskimi środkami transportu. Za poradą mojego ulubionego przewodnika “Lonely Planet” postanowiłam nie wynajmować samochodu. Po pierwsze, Tajlandia to jeszcze jeden z tych krajów, gdzie się jeździ po nieprawidłowej stronie drogi. Strasznie się chwalą, ze nie dali się nigdy zkolonizować, ale za to pozwolili Brytyjczykom zrobić sobie wodę z mózgu. Po drugie, w Bangkoku podobno okropne korki na ulicach, a smog jak w dziewiętnastowiecznym Londynie. A po trzecie, mój hotel stał nad potężną rzeką, Chao Praya, która wspomagana rozlicznymi kanałami, od dawna służyła Tajom za główną drogę transportu.
Postanowiłam więc, że w Wenecji Orientu będę pływać łódkami, zapomniałam natomiast, że z lotniska trzeba jakoś dojechać. Oficjalne taksówki- limuzyny, takie co to wydają rachunki, są cholernie drogie. Wiadomo, z cudzoziemca trzeba zedrzeć, co się da. Ale rachunek potrzebny do rozliczenia, więc podeszłam do bardzo oficjalnie wyglądającej budki, opłaciłam przejazd i dostałam upragniony kwitek. Trochę drogo - zauważyłam spokojnie (w końcu nie moje pieniądze) – 1800 bahtow z grubsza się tłumaczy na sześćdziesiat dolarów. Drożej niż w Houston, gdzie za tyle samo dojedzie sie dwa razy dalej, i to w milach. Za to elegancko. Kierowca odstrychnięty jak stróż w Boże Cialo?? pokonwersował ze mną przyjemnie i zaoferowal usługę powrotną sobotnim świtem. Za zadatkiem w wysokości 1000 bahtów. W Lonely Planet pisali wyraźnie - żadnych zadatków. To odmówiłam. Na to on, że i tak przyjedzie. Acha! - pomyślałam sobie z satysfakcją, wzruszyłam ramionami i poszłam spać po 27 godzinach podróży.

Dwa dni później przyleciała Ewa. Pouczona przez miejscowych kazałam jej wziąć miejską taksowkę z licznikiem. Miało kosztować pięćset bahtów. Dojechała za 1000, bo licznik był zepsuty. Tym razem jednak to były moje pieniądze, a i kwitki niepotrzebne, więc postanowiłam w miarę możliwości unikać taksówek.
Tym bardziej, że miasto da się obejrzeć przyjemnie i spokojnie za pomoca metra, Sky train i transportu rzecznego. A na rzece ruch taki, jak w godzinach szczytu na Marszałkowskiej. Każdy hotel posiada kilka łódek przepływających co kilka minut z jednej strony rzeki na drugą. Wszędzie pętają się miejskie promy, długie tajskie łódki, motorówki. Tramwaje wodne, zwykłe i pospieszne, oraz pięknie zdobione barki osobowe koczują czasem po kilka minut przed pomostami robiacymi za przystanki.

I chociaż wszystkie te środki plywającej lokomocji produkują tyle spalin, co samochody na ulicach miasta, to zupełnie się tego nie czuje bo lekka rzeczna bryza szybko rozwiewa spalinowe chmury. I z wody można tyle zobaczyć. Nawet po ciemku. Nocny obiad na barce płynącej po tylko trochę mniej zatłoczonej rzece okazał się nie tylko świetną okazją do podziwiania atrakcyjnie podświetlonych świątyń i eleganckich hoteli, ale rownież przyjemną imprezą rozrywkową.

Zwłaszcza że potrawy, obliczone wyraźnie na cudzoziemskie gusta, nie sprawiały problemów naszym podniebieniom wyćwiczonym na jalapeno w Teksasie. Były smaczne i zróżnicowane. Tylko desery niezbyt przypadły nam do gustu. Śliczne jak obrazek, ale w smaku nie za bardzo.

Po deserach, w części artystycznej wycieczki śliczne dziewczyny przebieraly się w coraz to bogatsze stroje i wdzięcznie wyginały ręce przy brzękach sitary. Jedyny chłopak w zespole ganiał po barce w masce hinduskiego demona. Było kolorowo i egzotycznie. Ani artystom, ani publiczności wcale nie przeszkadzał brak miejsca na barce i pod koniec cała sala głównie zachodnich turystów wyciągnięta została do tańca pomiędzy stolikami. Jednym szło lepiej, innych gorzej. Ewie, wyćwiczonej na japońskim yosakoi zdecydowanie lepiej. Ja na wszelki wypadek nie próbowałam. Pstrykałam za to zdjęcia jak opętana, bo tańczący tłumek nijak nie chciał się porządnie ustawić. W koncu raz udało mi się uchwycić Ewkę w obiektywie… i wtedy zepsuł mi się aparat. Budda coś mi nie sprzyjał tego wieczora, może miał mi za złe, że nie złożyłam odpowiedniej ofiary.
 

 


Tajlandia jest krajem praktykujących buddystów. Oparta na mocnych hinduskich wpływach jest to religia przyjemna dla oka i powonienia. Tajowie z dużym zapałem i ochotą obdarzają swoje rozliczne bóstwa kwieciem, modlitwą i ofiarami w postaci szalenie praktycznych darów. Owoce, miseczki z jedzeniem, korale i wonne girlandy z kwiatow można kupić w malych sklepikach, czy rozstawionych na ulicy kioskach i złożyć pod jedną z ulicznych kapliczek.
 

 


I wszędzie pełno żywności! Tajowie nie jadają dużych posiłków, wolą przegryźć coś malego, za to kilka razy dziennie. Tu miseczka wonnej zupy, tam pikantne curry, kawałek pożywnego owoca lub ciastka, potem znowu zupa. Zupy królują. Pachnące, kolorowe, pieruńsko ostre. Sprzedawane na ulicy prosto z polowych kuchenek, donoszone do biur w czasie przerw w pracy.

Powietrze przesiąknięte jest zapachem dodawanej do nich cytrynowej trawki i curry, tylko tuberozy przebijają się przez wszechobecny zapach żarcia. Ale grubasów jakoś nie widać. Nie ma też chudzielców. Tajowie w Bangkoku są zaokrągleni i uśmiechnięci. Może to te zupy, może upał, a może tajski masaż.

W odróżnieniu do Tokio, na ulicach Bangkoku widać jasne czupryny cudzoziemców, zwanych tutaj farangami. Sporo takich farangów-ekspatów pracuje w licznych instytucjach tej szybko rozwijającej się metropolii. Z Bangkoku też startują wycieczki do Phuket, Angkor Wat i Wietnamu, stąd dużo turystów. Ci, wyglądają często na zagubionych. Fakt, ze trafić we właściwe miejsce tu niełatwo, bo i alfabet inny, i znaków niewiele. Totez bardzo się rozplenila odmiana, popularnego kiedyś w Warszawie, oszustwa polegającego na sprzedawaniu przybyszom z prowincji mostu Poniatowskiego. Wygląda to w sposób następujący. Na ofiarę wyszukuje się zagubionego faranga. Uprzejmy Taj, często elegancko ubrany, chętnie wskazuje drogę informując mimochodem, że co prawda świątynia (pałac, muzeum – niepotrzebne skreślić) jest dzisiaj zamknieta, ale on może wskazać znajomego tuk-tuka (trójkołowy otwarty samochodzik, popularny na ulicach Bangkoku), który za niewielką opłatą zawiezie w inne, równie spektakularne miejsce. I on, ten Taj, zrobi to z dobrego serca, bo bardzo lubi Amerykanów (Polaków, Chinczyków – niepotrzebne skreślić). Zajrzy tylko na chwilę do wujka (kuzyna, tescia – niepotrzebne skreślić), który ma sklep, zaraz tutaj na rogu. A w tym sklepie można niezwykle okazyjnie nabyć jedwab (zloto, kopalnie drogich kamieni – niepotrzebne skreślić). Takiego sympatycznego naganiacza w nieskazitelnym garniturze legitymującego się zatrudnieniem w tajskiej telewizji udało się nam skutecznie zniechęcić po drodze do metra. Ale kto wie, może to wcale nie był oszust? Może przepadła mi jedyna życiowa okazja kupienia kopalni diamentów?

Od taksówek nie dało się wymigać. W dzień odlotu Ewy, na lotnisko odwoził nas zamówiony przez recepcję hotelu młody czlowiek, który co prawda wziął tylko 500 bahtów za przejazd, ale za to zgubił się po drodze i znienacka zjechał z płatnej autostrady, o mało nie przyprawiając mnie o atak serca. Wracałam do hotelu zapewniona łamaną angielszczyzną, że kierowca wie dokładnie, jak dojechać do hotelu. Przez następne pół godziny tłumaczyłam komuś przez komorkę, gdzie ten mój hotel jest, a ten ktoś z kolei tłumaczyl mojemu kierowcy, jak ma jechać. Kiedy już straciłam nadzieję, że bedę spała tej nocy we własnym łóżku wjechaliśmy w brame Hiltona i z wdzięczności niebiosom dałam łachmycie sto bahtów napiwku. Następnego ranka natomiast przyjechał po mnie kierowca limuzyny. Ten bez zadatku. Z lodowatą uprzejmością poinformowałam, że z nim nie pojadę, bo za piewszym razem przepłacilam cztery razy. Po długich targach, postanowił mnie na lotnisko zawieźć za darmo. Chyba w końcu wyszłam w tym Bangkoku na swoje...