|
|
Pozwólcie, że
wtrącę moje ekspresowe trzy grosze przy okazji dyskusji i kontrowersji
dotyczących przedstawienia „Polish Joke”.
Grosz pierwszy: magia i posłanie teatru – Teatr jest zwierciadłem, w
którym się przeglądamy, czasem zwierciadło jest krzywe, a czasem my nie
widzimy prosto. Teatr zawsze, od swych greckich początków jest trybuną,
z której padają pytania a nie odpowiedzi, teatr komentuje sprawy bogów i
ludzi bezkompromisowo i kontrowersyjnie, prezentuje najróżniejsze
postawy i charaktery.
Grosz drugi: „co autor miał na myśli” – gdybym to ja miał zadanie
napisać coś w tym stylu, byłoby ostrzej. Autor jest bardzo grzeczny
przedstawiając w pierwszym akcie symboliczne „piwo z jajkiem i solą”. Ja
na przykład mogę po nazwiskach wskazać osoby, które w mojej obecności
zapytane skąd są, mówiły że z Europy, a przyciśnięte do muru były z
Niemiec lub Francji, palcem mogę pokazać takich, którzy uważają, że
jeśli Amerykanie chcą się z nimi dogadać niech się uczą polskiego, itd..
Jakże zwielokrotnione wrażenia tego typu musi mieć autor pochodzący z
chicagowskiego „Jackowa”.
Nie widzę żadnej anty-polskiej perfidii w tej sztuce. Wręcz odwrotnie -
jej konstrukcja jest prawidłowa, pistolet, w moim przekonaniu - nazbyt
grzecznie nabity w akcie pierwszym, strzela celnie w akcie drugim, scena
na Okęciu jest wzruszająca a napisana szalenie prosto, bez hymnów,
orkiestr i łez. A scena końcowa, stawiająca początek sztuki pod
pręgierzem wyjaśnia wszelkie wątpliwości, to swoiste starogreckie
katharsis, czyli oczyszczenie.
Grosz trzeci: czym chata bogata – i spójrzmy teraz na realia, gdyby
przyszło nam napisać recenzję z Zemsty, Wesela („miałeś chamie złoty
róg, ostał ci się ino sznur”), Kordiana („idę zabijać, coś mnie za włosy
trzyma”), nie będę brnął dalej - czy to są sztuki o „udacznikach”? W
jakim świetle przedstawiają nas, dumnych Polaków? A jeszcze tzw. kultowe
filmy polskie: Miś, Rejs, a film uznany za najlepszą polską komedię Sami
swoi... mam ciągnąć dalej?
Okłamałem Was, będzie grosz czwarty: konsekwencje – do teatrów w Houston
chodzą ludzie z wyboru, i są to ludzie inteligentni, zainteresowani
sztuką, nie tak jak to bywało w Polsce, gdzie widownia była organizowana
i spędzano przypadkowe zakładowe wycieczki i jednostki wojskowe... Czy
taki houstoński widz w konfrontacji z polskim inżynierem, lekarzem, co
tam – normalnym Polakiem – będzie miał w oczach tylko obraz „Polaka” z
pierwszego aktu? Dajmy tym ludziom kredyt, czy zwróciliście uwagę na
reakcje publiczności? Ja byłem pozytywnie zdumiony ich reakcjami i w tym
kontekście wnoszę, że odebrali posłanie sztuki – wszyscy jesteśmy winni
stwarzania stereotypów i niestety - hołdowania im. Tak naprawdę trzeba
było zachęcić do obejrzenia sztuki jak największą ilość Rodaków, a potem
zaprosić autora a może i wykonawców na spotkanie...
I winien jestem jeszcze grosz piąty: zespół teatru – sztuka bardziej dla
telewizji niż na scenę, pogranicze komedii i farsy, jawy i snu, mimo to
– aktorzy i reżyser BRAWO!!!
Adam Gołuński
PS. Na marginesie, uczciwie Wam powiem, że w teatrze zawsze mi przykro,
że jestem na widowni – ot taka stereotypowa tesknota
|
|