|
|
Dostalem
bilety na ostatni seans “Polish Joke” w ubiegla niedziele 27-go lutego,
pewnie tylko dlatego ze w tym samym czasie rozdawano Oscary w Kodak
Center w Los Angeles. Pozostale seanse w poprzedzajacym tygodniu byly
juz wyprzedane. Do Stages Repetory Theatre na Allen Parkway szedlem po
lekturze wypowiedzi rodakow na naszej stronie internetowej, ktora
pomogla mi uniknac nieprzyjemnego zaskoczenia przewijacego sie w
wypowiedziach.
David Ives i jego scenariusz do “Polish Joke” nie zapisze sie w mojej
pamieci i z pewnoscia za dwa, trzy miesiace zapomne ze ta sztuka
wywolala tyle zamieszania w lokalnej spolecznosci polonijnej. Byc moze
przysni mi sie jeszcze zjawa Tadeusza Kosciuszki ale pewnie w innej
sytuacji i z innym dialogiem.
Mimo ze nastawiony bylem obronnie na pierwszy akt, oczekujac
emocjonalnego bicia, nie przezylem etnicznego upokorzenia, ani nie
czulem wewnetrznej zlosci, wlasciwie w ogole mnie to nie dotknelo. Sam
znam duzo bardziej pikantne “Polish jokes”. Do scenariusza mialem przez
wiekszosc spektaklu historyczny dystans a problemy Jasia z mojej
perspektywy wydaly sie jakby z innej epoki i przesadzone. Bo tez i gdzie
zagubil sie frazes: “Equal Opportunity Employer” uznanej firmy do ktorej
Jasiu-absolwent Yale University przyjechal na “job interview”.
Aktorstwo tez nie bylo wysokich lotow, w Irlandzkiej scenie aktorzy nie
pokusili sie nasladowac irlandzki accent, bardzo charakterystyczny,
ktory dla amerykanskiego aktora nie powinien byc wiekszym problemem,
chyba ze uznali iz rodzina Flanaganow to udajaca irlandczykow rodzina
ukrainska, jak inni majaca problemy z adaptacja w srodowisku emigrantow.
Zdecydowanie nie podobala mi sie scena z wulgarnym i cynicznym ksiedzem,
ktory mial spelniac role mentora i powiernika dla szukajacego tozsamosci
Jasia – wedrownika a ktory nie potrafil w gruncie rzeczy wspomoc go w
jego zyciowym dylemacie.
Pod koniec drugiego aktu, kiedy Olga przekonuje Jasia o sile i
wartosciach skladajacych sie na dume z tozsamosci polskiej, wymieniajac
miedzy innymi wielkich Polakow oraz osiagniecia narodu polskiego nawet
sie wzruszylem.
Fraza, ktora miala byc mottem: To be Jewish is an art, to be Irish is
an adventure, to be Polish is a destiny, byla bez sensu.
Amerykanie po obejrzeniu “Polish Joke” zdecydowanie zapamietaja ze:
- bialy i czerwony to polskie barwy,
- Lodz to polskie miasto,
- Tadeusz Kosciuszko to bohater dwoch narodow,
- Polacy to narod, z duzym szacunkiem do swojej historii, tradycji i
literatury.
Mysle, ze sztuka choc plytka i bez duzych aspiracji byla spolaryzowana i
dlatego niespecjalnie upokarzajaca dla nas, Polakow mieszkajacych w
Ameryce.
Dlaczego wiec wywolala protesty i tak duza dezaprobate posrod Polonii
tej piszacej i niepiszacej na lamach naszej strony internetowej?
Mysle, ze odzwierciedla to nasze narodowe kompleksy i tu pozwole odwolac
sie do artykulu “Kompleks kompleksow” Krystyny Grzybowskiej we “Wprost”
z dnia 6-go lutego 2005. Pisze ona: “I Polak martwi sie, ze jak go
widza, tak go pisza. Aby nie zrobic zlego wrazenia, stara sie wtopic w
zagraniczne otoczenie. Wstydzi sie wszystkiego, co moze go wyrozniac, i
powtarza jak papuga zaslyszane poglady. Polak omawia swoje wady i zalety
w kawiarni albo w towarzystwie wzajemnej adoracji. Tam nabiera
przekonania, ze ciazy na nim brzemie odpowiedzialnosci za narod. Ten
Polak to zwykle intelektualista czy tworca roszczacy sobie prawo do
narzucania innym Polakom jedynie slusznych pogladow na wszystko. Polak,
o ktorym mowie, ma glebokie kompleksy i mial je zawsze, wystarczy
popatrzec na historie.”…
Tu odwolam sie do mojego artykuly sprzed roku, opublikowanego na tejze
stronie internetowej - nie gardzmy naszym pochodzeniem, nie wyrzekajmy
sie naszej historii, tradycji, sposobu myslenia, zasad moralnych, wiary,
badzmy dumni z tego kim jestesmy i skad pochodzimy. Musimy uszanowac
samych siebie, tego kim naprawde jestesmy, uszanujemy sie wtedy
wzajemnie i z wzajemnoscia, utrzymamy szacunek do naszej tozsamosci
narodowej, a wtedy z poblazliwym usmiechem obejrzymy “Polish Joke”. W
teatrze, bedac w towarzystwie przyjaciol, czulem wewnetrzny spokoj. A co
do naszego poczucia odpowiedzialnosci za Narod, nic nowego, pisal juz o
tym Adam Mickiewicz w "Panu
Tadeuszu":
“Polak, chociaz stad miedzy narodami slynny,
Ze bardziej nizli zycie kocha kraj rodzinny,
Gotow zawzdy rzucic go, puscic sie w kraj swiata
W nedzy i poniewierce, przezyc dlugie lata
Walczac z ludzmi i z losem, poki mu srod burzy
Przyswieca ta nadzieja, ze Ojczyznie sluzy.”
Zbigniew J. Wojciechowski, M.D.
|
|