Pocztówka z Llano Estacado
czyli Latarnia, Winnetou i kowboje.


Do męskiego kibelka pokuśtykali na kabłąkowatych nogach kowboje. Nie wytrzymaliśmy i bezczelnie pociągnęliśmy za nimi wzrokiem. Na nogach mieli kolorowe buty z ostrogami, do bioder doczepione lassa, a na głowach wymięte stetsony z piórkami. Myślę, że to te piórka nas zmyliły. Donek przechylił porozumiewawczo głowę w kierunku kelnera

– Skad oni są? – spytał półgłosem wzrokiem pokazując malowniczą trójkę znikającą za drzwiami. Młodziutki kelner odpowiedział z typowo pustym spojrzeniem kompletnie nie czającego bazy faceta– A bo ja wiem…..

Popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. Ci kowboje chyba byli naprawdę. Wyglądali jak z cyrku, albo z objazdowego teatrzyku dla dzieci, a chyba byli po prostu z jakiegoś pobliskiego rancza, dlatego kelner nie bardzo rozumiał o co nam chodzi.

– Dziwni jacyś – pomyślał pewnie o nas i mentalnie postukał się w głowę.

Faceci wyszli z kibla i usiedli przy sąsiednim stole obok podobnie ubranej kobitki. Znaczy się chyba kobitki, bo na twarzy toto nie miało zarostu, natomiast cała reszta niezbyt wiele różniła się od pozostałej trójki. Twarze mieli wszyscy, jak to kowboje, ogorzałe i poorane, oznaki ciężkiej pracy na ubraniu owszem były, ale do głowy by mi nie przyszło, że prawdziwi kowboje mogą się tak ubrać. Lepiej niż na filmie, bo kolorowiej i jakoś tak niepoważniej. Zamówili piwo.

To my też. Było sucho i wiało, to człowiekowi miało prawo wyschnąć w gardle. Na to kelner poprosił o nasze prawa jazdy. No to się grzecznie uśmiałam. Kelner nie. Stał i czekał. Pewnie znowu sobie coś brzydko o nas pomyślał. Zrobiło mi się głupio. Wyciągnęliśmy te prawa jazdy, kelner obejrzał je dokładnie i poszedł zrobić kserokopię. Wtedy to już całkiem mnie zatkało. Przez chwilę pomyślałam, że robi to w odwecie za głupie pytanie o kowbojów, ale kręcący się w okolicy kucharz szybko wyjaśnił. Otóż znajdowaliśmy się w mieście, w którym ustawą rady miejskiej wprowadzona zostala rejonowa prohibicja. Miasteczko bylo “suche”, znaczy się, w barach siedziało się o suchym pysku. Chyba, że należało się do klubu. Do klubu zapisywano niejako automatycznie, ale prowadzona ewidencja wymagała zaświadczenia o dojrzałości aplikanta do picia alkoholu. Robiło się zatem ksero i dostawało piwo. Proste.

Siedzieliśmy z Donkiem w najlepszej restauracji miasteczka Canyon w zachodnim Teksasie. Dwanaście mil od Amarillo, sto od Lubbock. W środku krainy o dźwięcznej i skądinad dobrze mi znanej nazwie Llano Estacado. Dwanaście tysięcy dusz, filia Texas A&M, muzeum historii Teksasu (podobno większe od tego w Austin, a już na pewno ładniejsze) i całkowity brak piwa w sklepach, że o cięższych trunkach nie wspomnę. Ordynacja miejska, pewnie ze względu na młodocianych studentów owej filii uniwersyteckiej.
Miasteczko było nieduże, ale nie byle jakie. Kiedyś malowała tu Georgia O’Keefe, a jeszcze wcześniej niejaki Charles Goodnight postawił sobie ranczo, a potem zaczął hodować bizony. Dużo później napisano o nim książkę, a jeszcze później nakręcono film. Lonesome Dove. Zapraszał na te bizony Quanaha Parkera, wodza Komanczów. Tych samych, do których kiedyś należała tu cała okolica, a teraz nie ma po nich śladu. No nieprawda, parę śladów się znajdzie. W muzeum. Wyprowadzono ich mianowicie uprzejmie do rezerwatów w Oklahomie, jak przegrali ostatnią bitwę w Palo Duro Canyon.

Bizonów też już tu nie ma. Wybito je dosyć skutecznie. Tylko pozostałości stada Goodnighta zostały, należą teraz do stanu Teksas. Władze stanowe wypasają je raz tu, raz tam. Żeby każdy mógł sobie popatrzeć. Tylko dwa longhorny o wdzięcznych imionach Biscuit and Gravy, pasą się spokojnie u wjazdu do Palo Duro State Park. Podobno pożyczone z innego parku, w Fort Griffin. Gravy jest brązowy, a Biscuit w ciapki. Biscuit jest fotogeniczny.

W dzieciństwie zaczytywałam się Karolem Mayem. Nie tylko ja, ale cała moja rodzina. W domu były wszystkie jego książki, część nawet po niemiecku, bo za czasów dziadka jeszcze tego nie tłumaczyli. Zbudowałam szałas w kępie narożnych bzów na podwórku i razem z Gośką i Marysią robiłyśmy za Apaczów Mescalero. W drodze losowania na mnie wypadł Inczuczuna. Poletko owsa po drugiej stronie kępy to było Llano Estacado. Gośka wyskakiwała zza krzaka i krzyczała – Nie bój się. To jestem ja – Old Shatterhand!

Po latach dostałam zaproszenie na postdoka do Lubbock. Co prawda nikt w Polsce nie słyszał o Texas Tech University, za to chemicy wiedzieli, kto to John Kice, a Lubbock było w samym środku Llano Estacado! Chodziłam dumna i blada. Miałam pracować tam, gdzie Winnetou uganiał się za Komanczami! Niestety, zanim załatwiłam papiery minął rok i Kice przeniósł się do Colorado. Nieźle się uśmiał, jak mu powiedziałam, że bardzo żaluję tego Lubbock.

– Uwierz mi, Beata – powiedział – w Denver jest dużo ładniej. Chodząc z Donkiem po kampusie w Lubbock wcale nie jestem tego taka pewna. Kampus jest nieduży, ale bardzo ładny. A budynek Wydziału Chemicznego siedzi sobie sympatycznie w środeczku
– głównego deptaka. I piwo w tym Lubbock mają świetne. Niedawno otworzony minibrowar Tripple J serwuje doskonałe ciemne piwko. Niczego nie podejrzewając zabieramy ze sobą pół galona. Bardzo sie potem przyda w “suchym” powiecie.


Bo Lubbock to dopiero początek podróży. Pojedziemy dalej szosą I-27 przez płaską Llano Estacado w kierunku Amarillo. Właściwie nikt już tej nazwy nie używa. Nazwał to tak kiedyś Francisco Vasquez de Coronado, ale teraz mówi się raczej High Plains. Ale jakby się nie mówiło i wszystko jedno po jakiemu, po rusku, czy turecku, prawda jest taka, że płasko jest tu nieludzko. No i gdzie te góry, po których Winnetou ganiał Sandersa? Czyżby May aż tak się pomylił? Fakt, że właściwie nigdy tego w naturze nie widział.


Donek prawie zasypia z nudów przy kierownicy. Dopiero przed samym wjazdem do parku ziemia się znienacka rozstąpi, a nam szczęki opadną. I zostaną już takie opadnięte, jako że wynajęta chata przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania. Przyczepiona do skały jak orle gniazdo i umiejętnie dostosowana do krajobrazu zaoferuje nam widoki godne wyobraźni Karola Maya.

O kanionie Palo Duro przewodniki piszą, że to ukryty skarb Teksasu. Jest drugim co do wielkości w Ameryce, po tym Wielkim, w Arizonie. To prawda, że jest sporo mniejszy, ale bynajmniej nie urodą. Chodzi się po nim doskonale, odległości są kontaktowe, a na umiejętnie poprowadzonych ścieżkach krajobraz zmienia się co chwilę. Ludzi jest mało, zwłaszcza poza sezonem. Przez opuszczone kampingi przebiegają sarny i przechadzają się dzikie indyki. Raz nawet przemknął nam przed nosem młody ryś.

I tylko nam tych Komanczów brakowało, ale może to i dobrze. Bladym twarzom po pięćdziesiątce uciekać by było trudno, a na mojego udawanego Inczuczunę i tak nikt by się tutaj nie nabrał.

 
 
 



Wiecej zdjec na : http://picasaweb.google.com/donatmanek