Home

Current

Theater

Bridge
Club

Writers
Corner

Classes

Contact Us

About Us

Become a Member

Archives

Links

Forum
Polonia

 

Pocztówka z Oahu
czyli orchidee, tuberozy, i linia zmiany dat.

Hotel na Hawajach wyglada jak szpital, lózko obok lózka. Na wspólnej, wielkiej sali sklebiony tlum ludzi z deskami do surfingu jakby na cos czeka. Moja dorosla siostrzenica, Emilka, z jakiegos powodu ma znowu dziesiec lat i glosno domaga sie pójscia na plaze. Przez okno widac tsunami, które idzie prosto na nas i pewnie nas zaleje, chociaz hotel stoi na wysokiej skarpie. Woda podchodzi juz pod okno i…
Budze sie we wlasnym lózku spocona i przerazona! Oddycham z ulga. To byl tylko sen.

Jest dzien Bozego Narodzenia, jestesmy juz spakowani i troche spieci, jak to przed podróza. Za cztery godziny mamy samolot do Honolulu. Koszmarny sen, z którego sie wlasnie obudzilam, spowodowany jest kretynska pomylka w rezerwowaniu rodzinnych biletów samolotowych. Bo organizacja calego wyjazdu byla tym razem piorunsko skomplikowana. Leciec mielismy bowiem z trzech róznych miejsc w czasie i w przestrzeni. My z Donkiem z Houston, moja córka, Ewa, z Nagoyi w Japonii, a mój syn, Marcin razem z zona Joan, z Minneapolis. No i wlasnie z tym czasem na koncu sie pokrecilo. Niby latwo mozna sie bylo pomylic, ale co mi z tego...

Te hawajskie wspólne Swieta wymyslilam jeszcze w lecie, kiedy to Ewa odlatywala do Tokyo. Jako swiezo zatrudniona uczestniczka JET (The Japan Exchange and Teaching) Programme miala uczyc japonska mlodziez w niewielkim miasteczku o dzwiecznej nazwie Anamizu na pólwyspie Noto. Przez co najmniej rok, a moze i dluzej. Wyliczylam sobie, ze tak gdzies kolo Swiat zacznie tesknic. Warto bylo wtedy zaplanowac spotkanie z dzieckiem. Najlepiej w polowie drogi, korzystnie tam, gdzie cieplo i ladnie, bo w Noto trafiaja sie sniezne zimy, a dziecko teksaskie i za zimnem specjalnie nie przepada. Z mapy wypadlo mi Honolulu. No i fajnie, bo tam nas jeszcze nie bylo.

Pomysl spotkal sie z ogólna akceptacja. Donek zaaprobowal z mniejsza niz zwykle rezerwa, Magda, adoptowany czlonek rodziny i przyszywana ciotka moich dzieci, z entuzjazmem, nawet Marcin, którego zwykle ciezko odciagnac od komputera, umiarkowanie sie zainteresowal i razem z Joan zdecydowali sie nam towarzyszyc. Ewa ucieszyla sie ogromnie.

Znalazlam nam domek na Oahu, w miejscowosci Kaawa, trzydziesci mil od Honolulu. Z tarasem, czyli po ichniemu lanaimi i widokiem z jednej strony na Pacyfik, z drugiej na malownicze góry Koolau. Nie wiadomo, który ladniejszy. No i koniecznie z plaza pod palmami, doskonala do porannej yogi.

W miedzyczasie okazalo sie, ze bilety Magdy, Marcina i Joan z Minneapolis wypadna taniej jak poleca linia Continental przez Houston, wiec zaplanowalismy wspólna Wigilie na miejscu, w Meadows. Dzien przed odlotem, który podyktowany byl faktem, ze Ewie wakacje zaczynaly sie dopiero w urodziny cesarza, czyli 23-ego grudnia. I wlasnie w Wigilie pekla bomba. Ewa wyslala SMS-a, ze wyjezdza z Anamizu. Donek przeczytal to rano i sie zasepil.

- Jak to mozliwe - zapytal - ze ona juz jedzie, a my mamy jeszcze caly dzien od odlotu?

- A bo ja wiem? - wzruszylam ramionami - cos tam jest ze zmiana czasu, albo daty.

- W porzadku - odpowiedzial mój slubny - data to moze sie i zmienia, ale czasu sie nie oszuka. Jak by nie krecil, to ona tam wyladuje dzien przed nami.

- Niemozliwe - odpowiedzialam bez przekonania - przeciez na bilecie jest data, 25-ego grudnia… - I popedzilam sprawdzic Ewy rezerwacje.

Na bilecie napisane bylo jak byk.
Odlot - 24-ego grudnia wieczorem z Nagoya, przylot rano do Honolulu - plus jeden dzien. Rece mi opadly. Ewie trafil sie niechcacy przypadek Phileasa Fogga. Nie wyladuje w Honolulu tak, jak to sobie sprytnie policzylam, 24 plus jeden, czyli 25-ego, ale w ten sam dzien, w którym odleciala z Japoni. Dzien Wigilijny. Przezyje dwa razy nie tylko Wigilie, ale i swoje imieniny. Nie dosc, ze samotnie, to na dodatek nie wiadomo gdzie i za co. Bo nie wymienila yenów i ma tylko pare dolarów. Mielismy sie spotkac na lotnisku, pozyczyc samochód i razem dojechac do Kaaawy.

- Ona juz wie… - oznajmil ponuro Donek odbierajac kolejnego SMS-a, juz z pokladu samolotu. Ewa napisala w nim krótko, ze linia dat esplodowala jej w glowie. Mielismy teraz siedem godzin jej lotu na wymyslenie, co z tym fantem zrobic. Kiedy Ewa zadzwonila bylismy juz troche przygotowani. Telefon do gospodyni naszego domu na Oahu potwierdzil, ze moze tam wejsc wczesniej. Klucze, zamkniete w skrytce, juz na nia czekaly. Nie mielismy za to bladego pojecia, co zrobic z funduszami. Ewa nie miala dostepu do swojego banku, bo w grudniu przedawnila jej sie karta i dopiero teraz wiezlismy jej nowa, przyslana na adres w Teksasie. Dolarów miala za malo na taksówke, a kantory wymiany byly juz swiatecznie zamkniete. Wedle panienki z informacji miala za duzy bagaz na autobus.

- Wlaz do tego autobusu i rozplacz sie kierowcy - poradzilam bez namyslu. Marcin postukal sie po glowie, ale Magda pokiwala aprobujaco glowa - Nie widze takiego, co odmówi ladnej dziewczynie w dzien wigilijny - powiedziala.
- Pierdyknij walizke w krzaki -poradzil Donek.
Moze nikt nie wezmie w Wigilie...
- Spróbuje… - odpowiedzialo niepewnie dziecko przez telefon, a reszte wydarzen poznalismy juz w Honolulu. Usmiechnieta Ewa przywitala nas girlandami z orchidei i tuberoz.


Do stacji Ala Moana dowiózl Ewe mlody sasiad z samolotu. Wepchnela sie do autobusu z potezna waliza bez uciekania sie do placzu. Najwyrazniej panienki na lotnisku nie nalezalo sluchac. Do domu dotarla bez problemu, ale z jeszcze mniejsza iloscia gotówki z powodu blokady slonecznej kupionej w otwartym jeszcze Seven Eleven. Inaczej po drodze spalila by sie na wegielek. Ogloszenie w malenkim kosciele metodystów obok naszego domu zapraszalo na wigilijne koledy. Ewa wziela prysznic i poszla sobie pospiewac. Nieznana, mloda dziewczyna zwrocila tam powszechna uwage. Totez podeszlo do niej z zaciekawieniem kilka osób. W wyniku czego zostala zaproszona na wigilijny obiad z indykiem, zaopatrzona w suchy prowiant, a nastepnego dnia obwieziona po okolicy przez mlodego czlowieka o imieniu Natan. Albo Ron. Albo jakos tak. Tak rozwiazal sie problem dodatkowego dnia na Hawajach, a Ewie wystarczylo pieniedzy na powitalne lei, co doradzil jej Natan. Albo Ron. Albo jakos tam. Dokladne imie i nazwisko mlodzienca poznalismy dzien pózniej, kiedy to przypadkiem spotkalismy cala rodzine na przechadzce po Honolulu.

 

Tak dramatycznie rozpoczete wakacje nie mogly sie nie udac. Miejsce bylo cudne. Zasypialismy przy szumie morza, który szczesliwie zagluszal szum troche za blisko polozonej szosy. Rankiem jezdzilismy na odlegla o pare minut malutka plaze w Punaluu, gdzie lezalam pod palma kokosowa, cwiczylam z Magda yoge, albo wlazilam do szmaragdowej wody. Przed niewielkim supermarketem stala pólciezarówka z goracymi krewetkami, prosto z patelni. Zajadalismy sie poke, czyli hawajskim tatarem z tunczyka, swiezymi owocami z przydroznych budek, orzeszkami macadamia w czekoladzie zapijajac to wszystko lodowata woda mlekiem z kokosa, przecinanego na naszych oczach maczeta.

Wieczorem popijalismy Mai Thai, czyli sok z guawy z rumem, albo hawajskie piwo warzone na duzej wyspie przez przesiedlenców z Oregonu.

Sporo tez jezdzilismy po okolicy. Stanowczo za duzo na gust Donka, przez glupia pomylke w wynajmie, naszego jedynego kierowcy. Na pólnoc - na legendarne plaze surfingowe: Sunset Beach, Banzai Pipeline i Waimea Bay, po to zeby pogapic sie na szalenców z deskami, albo dac sie skotlowac fali przy brzegu.

Na poludnie - ogladac ciekawostki turystyczne: deptak w Waikiki, Pearl Harbour, Diamond Head, Punchbowl Cemetery. Albo ponurkowac z rurka w Hanauma Bay, gdzie rafa koralowa siedzi tuz przy brzegu, a kolorowe rybki podplywaja prawie do rak. Spiewalismy slodkie hawajskie melodie na luau w Polynesian Cultural Center, a w Sylwestra poplynelismy w zachód slonca katamaranem na Waikiki.

   

Wyjezdzalam po intensywnych dziesieciu dniach ze sporym niedosytem lenistwa na plazy. Trzeba tu wrócic i tak, po prostu, polezec na piachu - przyrzekalam sobie przed odlotem.

- Tam trzeba pojechac na co najmniej dwa tygodnie - radzili nam wczesniej znajomi. - Ale na mniej niz trzy, bo wtedy juz sie stad nie wyjedzie - dodala pózniej Margaret, ciotka Joan, która spotkalismy na zwariowanej dwudniowej wycieczce na duza wyspe Hawaii. Ale to juz osobna historia.

   

 

Return to top