Pocztówka z Kioto.

czyli świątynie,

Miyako Odori    

i głupi gajdżin. 

    

 

 

    

 

 
Na dworzec główny w Tokio zajeżdża długi biały pocisk – to nasz shinkansen, japoński super–ekspres z Tokio do Kioto.  Sieć shinkansenów łączy główne ośrodki miejskie na wyspie Honshiu: Tokio, Kioto, Osakę.  Odjeżdżają co do minuty i dojeżdżają co do minuty do miejsca przeznaczenia.  Szkoda, że zachodnia część wyspy jest mniej zaludniona i shinkanseny tam nie jeżdżą.  Do Noto, gdzie mieszka Ewa, trzeba będzie dojechać zwyczajnym pośpiesznym, ale to dopiero za parę dni.  Teraz z nabożeństwem wsiadamy do białego pocisku, żeby w środku się przekonać, że to pociąg, jak pociąg.  Cichutki, to prawda, nie słychać typowego stuku na złączach, chociaż jak się rozpędzi, to zasuwa z szybkością 300 km na godzinę.   Ale poza tym, nic specjalnego, tyle że siedzenia wygodne, jak w samolocie, i nie ma tłoku.  Skośnookie panienki rozwożą wózeczkami kawę i herbatę, jak w pośpiesznym z Warszawy do Gdanska, i tylko jednolicie ciemny kolor włosów pasażerów i pudełka bento ze ślicznie zapakowanym sushi wskazują, że jesteśmy w Japonii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Japończycy rozwinęli sztukę pakowania do perfekcji; opakowanie liczy się bardziej niż zawartość, a często znacznie ją przewyższa pod względem estetycznym.  Pudełko zwyczajnych ciasteczek w opakowaniu wygląda lepiej niż brylant od Tiffany’ego.  Takie właśnie pięknie opakowane ciasteczka, o często bardzo dziwnym smaku i konsystencji, sprzedawane są wszędzie, po dworcach, lotniskach czy przyświątynnych sklepikach z pamiątkami. Bowiem obowiązkiem każdego przyzwoitego pracującego Japończyka, czy Japonki jest przywiezienie omiyage, czyli upominku z wakacji.   Nawet jeśli jest to krótki wypad na weekend.  Najlepiej przywieźć coś do zjedzenia, co można łatwo podzielić między współpracowników, a ciasteczka się świetnie do tego nadają.  My też wieziemy z Houston walizę pełną omiyage.  Dla nauczycieli ze szkoły, gdzie uczy Ewa, dla gospodarza jej domu, dla przyjaciół.  Ciasteczek w niej co prawda, nie ma, są za to teksaskie pekany i polska czekolada

 

 
 


  Po dwóch godzinach wysiadamy na pięknym dworcu

w Kioto. Dworzec ten jest solą w oku większości

mieszkańców Kioto, a nawet całej Japonii.

 Zbudowany stosunkowo niedawno, ma

piękną nowoczesną linię i mnóstwo przestrzeni. 

A Kioto, to taki więcej japoński Kraków.  Stolicą,

 co prawda, nie jest już od wieków, ale dalej

Dlatego wielu widzi ten dworzec jako

modernistyczny dysonans, jak kiedyś

centrum Pompidou w Paryżu.  Natomiast

nam ta nowoczesność się bardzo podoba,

rownież ze względów praktycznych. 

Co prawda jesteśmy doskonale

środkami komunikacji, każdy ma tylko

jedną walizkę, i to niezbyt wypchaną i

 dosyć zwrotną, ale jakże by było

niewygodnie bez tych, spektakularnych,

zresztą, schodów ruchomych łączących

przeszklony wysoki dach pod chmurami

z podziemnym centrum handlowym… 

 

 

Niewielką odległość od dworca do hotelu pokonujemy szybko, i bez trudu znajdujemy nasz następny nocleg w gospodzie o dźwięcznej nazwie Kyoraku, gdzie po raz pierwszy zaznamy smaku starej Japonii. W nowoczesnym Tokio wynajęliśmy sobie typowe miniaturowe mieszkanko na przedmieściu.  Rozmiaru amerykańskiej szafy, ale ze wszystkimi wygodami, włączając w to podgrzewane siedzenie w ubikacji.  W Kioto, natomiast, jak przystało na miasto pełne tradycji, śpimy w rakutenie, czyli gospodzie z papierowymi przepierzeniami, wspólną łazienką na korytarzu i futonami, rozkładanymi wieczorem na podłodze.  W pokojach czekają na nas czajniki do parzenia zielonej macha, japońskiej herbaty, której jakoś nie jestem w stanie polubić, oraz jukaty, letnie kimona z kolorowego kretonu.  Zastaniemy je później w kazdym hotelu, tradycyjnym, czy nie, nawet w przylotniskowej Holiday Inn w Naricie.  Stąd się pewnie wzięły na zachodzie szlafroki.  

 

  

 
 

 


 W Kioto można jeszcze zobaczyć trochę starej Japonii.

 Na ulicach widzi się często kobiety w kimonach.

Mieszkanki Kioto,w odróżnieniu do nowocześnie

ubranych kobiet w Tokio, chętnie noszą na codzień

kolorowe tradycyjne szmatki.   W kwietniu,

gdy kwitną wiśnie, tłumy Japończykow w 

odświętnych strojach odwiedza liczne światynie

w Higashiyama oraz starą dzielnicę rozrywki,

Gion, gdzie przy odrobinie szczęścia, można

jeszcze spotkac gejszę.

 

 

 

 

 

     Niedużo ich zostało i bardzo trudno się na nie napatoczyć, chyba że późnym wieczorem albo o świcie.  Za to raz w roku, właśnie w kwietniu, gejsze pokazują się publicznie w teatrze, gdzie tańczą, grają i śpiewają. Takie bajecznie kolorowe widowisko, Miyako Odori, połączone z ceremonią picia herbaty, obejrzeliśmy w teatrzyku Gion Kaburenjo.  Choc treść nie należała do specjalnie pasjonujących, zwłaszcza w angielskim tlumaczeniu, to dziwnie stylizowany śpiew starszych gejsz i dzwięki wydobywane z tradycyjnych instrumentów, koto i shamisen niesłychanie pasowały od nastroju i dodawały widowisku osobliwego uroku.  No i te dekoracje i stroje...

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Z teatru, tylko rzut kamieniem do Ścieżki Filozofa.  Nazwa pochodzi od znanego profesora filozofii z uniwersytetu w Kioto, który chadzał tędy codziennie z domu do pracy.  Wije się  wzdłuż kanału wysadzonego wiśniami, odwiedzając liczne buddyjskie świątynie, a kończy pod Kiyomizu-dera, która aczkolwiek w hierarchii buddyjskiej wcale nie najważniejsza,  ani też nie najstarsza, jest niesłychanie popularna zarówno wśród wiernych jak i turystycznych innowierców.  Przepięknie położona, góruje nad miastem oferując nieprawdopodobne widoki. 

 

 
 


   

 

     Japończycy mają niezwykły stosunek do religii.

Rodzima shinto przyjaźnie koegzystuje z buddyzmem.

Śluby celebruje się u shintoistów, bo kolorowiej i weselej,

natomiast pogrzeby u buddystów, bo tam poważniej

i większa pompa. Na szczycie obszernego kompleksu

buddyjskiego Kiyomizu przycupnęła malutka świątynka shinto.

Wygląda sympatycznie i domowo,  mieszkają w niej 

bardzo praktyczne bóstwa, którym składa się bardzo praktyczne ofiary,

garstkę ryżu, kwiatuszek, czerwone korale…

 

 

 

Według mojej córki, dyplomowanej specjalistki od  religii dalekiego wschodu, interesująca ta symbioza religijna kształtowała się przez wieki, produkując w efekcie niezwykle komercjalny produkt.  Buddyjskie świątynie, oferują za drobną opłatą ogromne ilości amuletów, zabezpieczających nabywcę przed każdym możliwym nieszczęściem.

 

 

 
 

  

W świątyniach shinto, również za niewielką opłatą, bogów prosi się uprzejmie o wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Na drewnianych tabliczkach wypisuje się petycje i umieszcza na specjalnie w tym celu przygotowanych wieszadełkach. Wśród wielojęzycznych napisów znajdujemy jeden po polsku. Ewa czyta je wszystkie, jak leci, z dużym zainteresowaniem, wzbudzając mój podziw i zawiść. Mnie udało się na razie z dużym trudem zapamiętać trzy krzaczki kanji.   Ona zna ich parę tysięcy...

 

 

 

 

– Wiesz – mówi Ewa po namyśle – większość cudzoziemców prosi o szczęście dla ludzkości i pokój na ziemi.  Tutejsi, natomiast, proszą o konkrety, jak zdanie egzaminu, przyjęcie do elitarnej szkoly, dobry samochód, nowe mieszkanie.  Po to właśnie chodzi się do świątyni.  Bo nie można tak sobie westchnąć w stronę nieba, z prostego powodu. że bóstwa mogą nie usłyszeć.  Jak się ma interes, trzeba iść do świątyni, zaklaskać głośno w ręce, żeby zwrócić na siebie uwagę, złożyć ofiarę i spokojnie poczekać.    

 

Trudno człowiekowi zachodu zrozumieć człowieka wchodu, nawet przy dobrych chęciach.  Różne religie, kultury i tradycje kształtują nas od wczesnego dzieciństwa, nic więc dziwnego, że nie rozumiemy się w najprostszych  sprawach…   Zjawisko to bardzo prosto i celnie ochrzcili koledzy Ewy z programu JET.   Stupid gaijin, czyli głupi cudzoziemiec, to taki, co to nie dość, że nie ma pojęcia, jak się zachować, to jeszcze,  żeby nie wiem jak się starał, i tak popełni gafę.   Beztrosko nie zdejmie butów, lub nie umyje rąk przed wejściem do świątyni, wejdzie do pokoju w łazienkowych, plastykowych łapciach - nie zdając sobie sprawy, że wszystkie te pozorne drobiazgi mają głębokie religijne, czy kulturowe znaczenie…   Grzeczny Japończyk pomyśli – głupi gajdżin –  uśmiechnie się, ukłoni, i powie, że nic nie szkodzi. 

 
 


 Nastepnego dnia jedziemy do Nary,

która krótko,  w ósmym wieku, była

stolicą Japonii.  Świątynie Nary przez

wieki utrzymały swoje znaczenie

pomimo przeniesienia stolicy do

sąsiedniego Kioto.  Dziś dalej prosperują,

również dzięki tłumom turystów

oblegających statuę Buddy, największą

w całej Japonii.  Samo miasteczko

jest ciche i spokojne, spacerują po nim

święte sarny ze skołtunionymi

po zimie futerkami.     

 

 

 

 
Łapie tam nas gwałtowna kwietniowa burza.

 

 

      Chowamy się przed deszczem ze śniegiem do

taksówki, a na dworcu dowiadujemy się, że w

Tokio grad otrząsnął z drzew resztki kwiatków

z drzewek wiśniowych.  W oczekiwaniu na pociąg

powrotny do Kioto oglądamy kolorowa mapę

Japonii z zaznaczonymi stadiami rozwoju sakury. 

Tutaj w Kioto jest w pełnym rozkwicie, na

Półwyspie Noto, u Ewy, wiśnie są ciągle jeszcze

w pąkach. Wieczorem, na spacerze w ogrodach

cesarskiegopalacu, mozemy sobie, razem z chyba

całą populacją Kioto obejrzeć sakurę w świetle

reflektorów.   

 

 

 
 

 

 

    Następniego dnia jedziemy śmieszną, różową kolejką do Arashiyama,

podmiejskiego kurortu ze ślicznym mostem i uroczym bulwarem

obsadzonym wiśnią i klonem.  

Na ulicach miasteczka, w licznych restauracjach

i sklepikach z pamiątkami,  ludzi jest mnóstwo,

ale nad samą rzeką nie jest tłoczno. 

Astmosfera  jest świąteczna, chociaż to dopiero czwartek,

słońce przygrzewa, rozkwitnięta sakura różowi się malowniczo

na zboczach wzgórz po drugiej stronie rzeki.

 

 

 

 

 

 

Po bulwarze jedzie ryksza, a w niej młodziutka gejsza z opiekunką. W słońcu wygląda jak duża lalka.  Kiedy robię jej zdjęcie, zauważam, że to jeszcze dziecko.  Młoda maiko, pewnie w trakcie treningu.   Wymalowana buzia uśmiecha się do zdjęcia.  Takim kolorowym obrazkiem, jakby żywcem wziętym ze starego, japońskiego malowidła sciennego, żegnamy Kioto.  Jutro czeka na nas Osaka.