Pocztówka z Noto 

    czyli

    onseny,

    trzęsienia ziemi

    i tureckie kazanie.  

 

 

 

     

– Poczułeś, poczułeś? – szepnęłam bojaźliwie

delikatnie szturchając Donka.  Odpowiedziało mi

tylko mocniejsze chrapnięcie.  Takiemu to dobrze,

pomyślałam z zazdrością.  Przyłoży głowę do

poduszki i już zasypia.  Nie mineło nawet pięć

minut od zgaszenia swiatła, a mój małżonek już

spokojnie chrapał.         

 

Ja natomiast leżałam z szeroko otwartymi oczami na gościnnej sofie w saloniku mojej córki i wcale mi nie było do spania.  Pode mną najwyraźniej zatrzęsła się ziemia, tak jakby calusieńki dom dostał czkawki.   A ja nie byłam pewna, czy to kolejny wstrząs po trzęsieniu ziemi sprzed trzech tygodni, czy może mi się tylko wydawało.  Na dzisiejszym spacerze po Anamizu, małym miasteczku, gdzie mieszka od roku nasza Ewa, spotykaliśmy co chwila większe i mniejsze buldożery rozwalające mocno nadwerężone domy.  Więc, kto wie, może to moja rozbujana wyobraźnia płata mi teraz głupie figle.  A może to naprawdę i powinnam coś zrobić?   Ale co się właściwie robi przy trzęsieniu ziemi?   Przy tornadzie, to wiem…  włazi się do szafy jak najdalej od okien.  Korzystnie na parterze.   W przypadku trzęsienia chyba jest podobnie.   Na pewno nie powinno się spokojnie leżeć w łóżku na pięterku typowego japońskiego (znaczy się lekkiego) budownictwa.  A może warto się ewakuować do sąsiadów z dołu?  Po wspólnej kolacji, gdzie sushi sąsiadowało z osobiście przez mnie wykonanymi kotletami z pietruszką powinni nas przyjąć z otwartymi ramionami. 

 
 


Co prawda czuliśmy się tam jak na tureckim kazaniu, gdy Ewa w miarę swobodnie konwersowała z naszymi gospodarzami po japońsku, ale wieczór upłynął nadspodziewanie miło.  Było by jeszcze milej, gdybym mogła wygodnie usiaść przy stole.  Bo siedzenie po turecku podobno kobietom nie uchodzi, a usiedzieć na stopach, jak porządna Japonka, to ja nie dam rady.  Każda inna pozycja też zaczyna mnie uwierać po pięciu minutach.  Wygląda na to, że jestem stworzona do krzeseł….  

 

 

 

 

 

W kilka dni po trzęsieniu ziemi, Ewa zaczęła uciekać na noc do Kawabatów.  Główny wstrząs przeżyła mało dramatycznie, za to następne dni dały się jej nieźle we znaki.   Nic dziwnego, codzienne potrząsanie każdego by w końcu dobilo.   Teraz podobno było lepiej, wstrząsy zdarzaly się “tylko” raz na tydzień   Kiedy po długiej chwili nic się nie zatrzęslo, a z pokoju Ewy też nie dochodził żaden podejrzany odgłos, na tyle się uspokoiłam, że w końcu udało mi się zasnąć.  Rano Ewa potwiedziła, że tak, faktycznie to był typowy “aftershock”, ale też nie chciała robić paniki i leżała cicho.  Tylko Donek spał jak zastrzelony i nic nie poczuł.  Trochę mu było szkoda ciekawego doświadczenia życiowego, ale udało mu się to nadrobić, nawet dwa razy, w trakcie następnego tygodnia w Anamizu.  Nie zrobiło to już na nas takiego wrażenia jak za pierwszym razem.  To znaczy, że do wszystkiego można się przyzwyczaić.  

 

Prócz okazjonalnej ziemskiej czkawki nasz tydzień w Anamizu ubiegał spokojnie, choć w sposób urozmaicony. Rano Ewa wychodziła do pracy, bowiem krótkie, dwutygodniowe wakacje już się skończyły.  Dwa razy zabrała nas do szkoły w charakterze czegoś pomiędzy eksponatem muzealnym, a pomocą naukową. 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Na początku młodzi ludzie byli wystraszeni i mało rozmowni.  Do momentu, kiedy Donek się przedstawiał.  Niezwykłe imię mojego męża zawsze budziło wielkie zadziwienie, w Stanach, z wiadomych względów, doszła do tego uprzejma wesołość, podczas gdy w Japonii, gdzie również dotarły amerykańskie pączki z dziurką, imię Donka stawało się natychmiastowym przebojem.  Napisanie na tablicy wielkimi literami prawidłowej pisowni i powtórzenie kilka razy prawidłowej wymowy imienia mojego małżonka niczego specjalnie nie zmieniało i powszechnej radości nie było końca.  Lekcje toczyły się potem wartko, a uczniowe ustawiali w kolejce, aby uścisnąć mu dloń i raz jeszcze usłyszeć, jak ma na imię.   Ewa twierdzi, że do tej pory go wspominają.

 

Kiedy nie mieliśmy ”lekcji”, zwiedzaliśmy okolicę.   Miasteczko okazało się ładniejsze niż to wynikało z opisów Ewy.   Położone było nad ładną, małą zatoczką, miało dla nas pewien dodatkowy i unikalny urok.  Mianowicie, od prawie  roku mieszkała w nim nasza córka.  Z przyjemnością więc chadzaliśmy jej śladami.  A to do sklepu na jednym rogu, a to do świątynki na drugim.  A to do niemieckiej piekarni przy moście.  Ale przede wszystkim do parków.  Jedenasto tysięczne Anamizu posiada zdumiewąjącą ilość leśnych dróżek, którymi można spacerowac godzinami.  A nie jest żadną atrakcją turystyczną, jak sąsiednie Wajima, czy Wakura.  Te ścieżki są, tak po prostu, dla ludzi, dla tutejszych, dla tubylców.  Bez płotów, bez biletów, czy kart wstępu.   W głowie się nie mieści.

 
 


Malowniczy bulwar nadmorski był całkiem

pusty o tej porze roku, ale podobno i w lecie

rzadko bywa zatłoczony.  Byliśmy bowiem oddaleni  

od Tokio raptem o trzysta kilometrów i godzinę,

lotu z Noto, ale lata świetlne od wyglądu i stylu

życia stolicy.  Ludzi tu niewiele, budynki niskie,

nieduże,  za to mieszkania sporo większe niż w Tokio. 

Spokój cisza, poletka przy domach pełne gołej jeszcze

ziemi i brunatnej wody wkrótce zazielenią się

młodym ryżem.  Dużo starszych ludzi, młodzi często

wyjeżdżają tuż po szkole do dużych miast.

 

 

Po południu, kiedy Ewa wracała ze szkoly, upychaliśmy się w trójkę do jej samochodziku  i eskplorowaliśmy dalsze okolice.  Sakura tutaj jeszcze w pąkach, na turystów sporo za wcześnie, hotele i restauracje i w nadmorskich kurorcikach były często pozamykane.  Mieliśmy cały półwysep  praktycznie dla siebie.   Ale Noto zapełnia się trochę w lecie, w wielu miejscach, uczęszczanych przez rodzimych turystów spotykaliśmy zamknięte jeszcze bramki chroniące wstępu do dużych parkingów czy pól kampingowych.

 

 
Ewa opowiadała nam wcześniej o dzikich plażach, świetnych trasach rowerowych i kolorowych, letnich festiwalach – matsuri, o których ledwo wspominają popularne przewodniki po Japonii.  Miałam nadzieję, że chociaż w muzeum zdołamy obejrzeć wysokie kiriko – platformy służące do obnoszenia lokalnych bóstw w trakcie takich festiwali.   Są unikalne dla Noto, nigdzie więcej ich nie ma.   Niestety, budynek muzeum w Wajima,  w którym można coś takiego zobaczyć,  uległ sporemu zniszczeniu (Wajima była najbliżej epicentrum).   Za to Ewa powiozła nas do mostu w kształcie kiriko, który odgrywał co godzina wesołą melodyjkę.   Zawsze to coś.  

 

 

 

 
 

 

 


Za każdym zakrętem czekała kolejna niespodzianka.

Zachodnie wybrzeże Noto pięknem krajobrazu

dorównuje północnej Kalifornii.  Poszarpana linia

brzegowa, malowniczo rozrzucone skały, latarnie

morskie, plaże w niewielkich zatoczkach, szosa wijąca

sie wzdłuż wybrzeża.  O tym, że jesteśmy daleko

od domu przypominają przydrożne kapliczki Shinto i

ciekawie ukształtowane niewielkie wysepki.   Moja

ulubiona ma grzywkę, chociaż niektórym przypomina

statek wojenny.  Brakuje tylko winnic, ale kiedyś Ewa

znalazła jagodowe wino pochodzące właśnie z tych

okolic.  Jest też niewielki mini-browar, w którym piwo

warzy zaprzyjaźniony Czech.    

 

 

    

 
 


Dla ukoronowania naszego pobytu pod koniec tygodnia zafundowaliśmy sobie  wizytę w onsenie, czyli japońskiej spa.  Dzięki pryncypałowi Ewy zabukowaliśmy po znajomości pokój w Wakura, miejscowości słynnej z gorących źródeł.   Całe to wspaniałe doświadczenie zasługuje na osobny rozdział, ale ze względu na jego szczególny charakter (w onsenach panie i panowie kąpią się odzielnie i kompletnie na golasa) ograniczę się tylko do stwierdzenia, że warto było.   Kapiele, obsługa i wielodaniowy obiad spożywany na poduszkach przeszły nasze najśmielsze oczekiwania.

 

 

 

 

Tylko japońskich śniadań zdecydowanie nie polecam.   Chyba, że takie Donkowe – sushi z piwem.   Natomiast to, co podają rano w onsenach, nadaje się raczej dla zagorzalych entuzjastów japońskiej kuchni.   Przyniesione od pokoju przez pokojówke w kimonie wygladalo swietnie, gorzej jak sie podnioslo pokrywki.  Do ryby na śniadanie można się nawet z trudem przyzwyczaic, ostatecznie Szwedzi i Anglicy też to ćwiczą z upodobaniem, ale zupa miso z wodorostami zamiast mleka do jajek zdecydowanie mi nie robi.  Po śniadaniu, obdarowani omiyage i żegnani ukłonami uprzejmej recepcjonistki, pojechaliśmy do Kanazawa, czyli KZ jak mówi Ewa i wszystkie tutejsze JET-y.  Jest to stolica prefektury Ishikawa i wedle niektórych jedyne w okolicy zródło wyższej cywilizacji.  W Kanazawa jest bowiem najbliższy McDonald, Starbuck i sklep z książkami po angielsku.  

 

Po Kanazawa nie spodziewałam się za wiele.  Cóż mogła mi zaoferować po Tokio, czy Kioto?  A tu okazało się, że kompletnie nie miałam racji, do czego się z przyjemnością przyznałam Ewie, dla której KZ stanowi źródło osobistej dumy.  Po pierwsze, takie Tokio, czy Kioto, to każdy turysta zna i zaliczy.  Kanazawa natomiast jest znana tylko turystycznym koneserom.  Położona wśród jeszcze  ładniejszych niż w Kioto pagórów charakterem przypomina nieco Austin, stąd chyba podwójny afekt mojej córki.   Jest podobnej wielkości, i podobnie jak Austin wkomponowuje się doskonale w krajobraz.  

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Ze względu na oddalenie od utartych turystycznych szlaków oraz brak ważnego strategicznie przemysłu Kanazawa

uchowała się przed bombami wojny.  Udało jej się też uchronić przed ciasnotą i architektonicznym bałaganem

dużych miast.  Zachowała gdzie nie gdzie autentyczny charakter starego japońskiego miasta, alejki dzielnicy samurajów,

czy pięknie zachowane, aczkolwiek już nie zamieszkałe domy gejsz i maiko. W niektórych są teraz muzea, niektóre

zamieniono w kafejki i restauracje, a w jeszcze innych po prostu ktoś mieszka.

 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 
Główną atrakcją KZ jest park Kenrokuen, jeden z trzech Wielkich Ogrodów Japonii.     Oryginalnie pomyślany jako ogród zamkowy przy siedzibie potężnego rodu Maeda, władców prowincji Ishikawa, stanowi teraz miejsce pielgrzymki miłośników wizualnego piękna i  harmonii.   Zaprojektowany wedle chińskiej teorii ogrodnictwa,  Kenrokuen posiada sześć atrybutów idealnego ogrodu,  a mianowicie przestronność, odosobnienie, nienaturalność  (jak w formalnych francuskich ogrodach Europy), starożytność, obfitość wody i rozległe widoki.  Aby to w pełni docenić należy go odwiedzić cztery razy, za każdym razem o innej porze roku.  Wiosnę już mamy zaliczoną, pozostałe trzeba odłożyć na później.  Zgodnie z teorią mojego ulubionego podróżnika po świecie, Ricka Steeves’a,  bedziemy mieli po co tu wracać.