|
czyli
karaoke,
nocne życie,
i kukiełki
Bunraku
– Chyba już starczy tego łajdaczenia – zadecydował Donek machając
nogami w powietrzu. Pokiwałyśmy z Ewą milcząco głowami.
Nie chciałyśmy przeciągać struny. Biła północ, dla większości
ludzi, a zwlaszcza takich, co to odwiedzają Osakę, to stosunkowo
młoda godzina. Natomiast dla co poniektórych członków
naszej rodziny to bardziej niz późno. Było ciemno, wisieliśmy
w gondoli wielkiego diabelskiego młyna obracającego się
bardzo powoli nad Dotonbori, główną arterią rozrywkowej
dzielnicy Osaki. Pod nami miasto pulsowalo nocnym życiem.
Po to się w końcu tutaj przyjeżdża. Do barów, teatrów, sklepów,
restauracji oraz do dziesiątków klubów karaoke.
Zjawisko masowego karaoke jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Chociaż lubię sobie pośpiewać, to ileż można.
W celach badawczych dajemy się Ewie zaciągnąć do takiego klubu zaraz po przyjeździe. Wysoki budynek z eleganckim lobby, miło uśmiechnietą recepcjonistką oraz fontanną i gustowną ikebaną z żywych kwiatów w niczym nie przypomina jaskini rozpusty, więc oddychamy z ulgą. Jeszcze przyjemniej się robi, kiedy okazuje się, że będziemy się wygłupiać we własnym gronie, bez obcej widowni. Budynek ma różnej wielkosci salki – pokoje, które wynajmuje się na godziny w zależności od rozmiaru rozrywkowego towarzystwa. Nas jest trzy sztuki, wynajmujemy więc pokoik na dziesiątym pietrze i zamawiamy piwo. Każdy pokój jest dźwiękoszczelny, ma pełne wyposażenie akustyczne oraz psychedeliczny motyw na ściennym ekranie. Sąsiednie pokoje są puste, czwartek, dziewiąta wieczorem, a my po raz setny zastanawiamy się, jak to się opłaca. Ileż można śpiewać do ściany i grupy znajomych? Ewa nas zapewnia. że baardzo dlugo, oraz że za godzinę, czy dwie, pokoje się zaludnią. Jakiś niezwykle rozrywkowy naród ci Japończycy. Na stole w pokoju znajdujemy spis dostępnych melodii. Z początku jest dziwnie, ale wkrótce rozkręcamy sie z Ewą na całego i telefon z recepcji informujący o tym, że czas się kończy, zaskakuje mnie zupełnie. W ferworze “Mamma mia” Abby, które nareszcie zaczyna nam jako tako wychodzić, przedłużamy pobyt, zamawiamy następne piwo i nareszcie przestaję się dziwić Japończykom. Nie wiem co, ale coś w tym jest… Nawet Donek dołącza swój bas do końcowej “We are the champions”. Pewnie z radości, że to już koniec katuszy.
Jest pozno, na ulicy jasno od reklam i neonow, a tłum
raczej zgęstniał niż się przerzedził. Przy ulicznych stoiskach z
żywnością interes kwitnie.
Podobno to, co mieszkaniec Kioto
wyda na kimona, to w Osace przejedzą i przepiją. Jest to historycznie usasadnione. Ukazem cesarskim, bogatej burżuazji
Osaki nie wolno było zbyt obrastać w piórka. Nie wolno im było posiadać ziemi,
dworów, czy klejnotów, a pieniądz gdzieś trzeba było wydać. Skupili się więc na doczesnej
rozrywce. Zabytków tu niewiele, za to możliwosci wydania pieniędzy
sporo. I na każdą kieszeń coś się znajdzie.

Na Dotombori wykwintne restauracje sąsiadują
z ulicznym stoiskami, na których zręczni kucharze
pichcą szaszłyczki yakitori, jajeczne kulki
ośmiornicą takoyaki, czy pyszne słodkie naleśniki
nadziewane czym dusza zamarzy. Wszędzie pachnie
jedzeniem, nic dziwnego, że trudno się oprzec
pokusom, toteż przed powrotem do hotelu wybieramy
próbki tego kulinarnego szaleństwa i wcinamy na
mostku gapiąc się na światła nocnej Osaki.
Kiedy rano wysiadaliśmy na dworcu głównym nasze
pierwsze wrażenie nie było dla Osaki specjalnie pochlebne. Po nowoczesnym dworcu w Kioto, główna
stacja tu przypomina stary dworzec Warszawy Głównej. Nic nie wskazuje, że jesteśmy w
dużym mieście. Toteż
kiedy metro wyrzuca nas w Dotonbori, z otwartymi ustami stajemy na środku
deptaka i popełniamy podstawowy błąd, przed którym
przestrzegała nas Ewa.
Wyglądamy na zagubionych turystów.
I padamy łupem nie szachrajów, czy złodziei kieszonkowych, jak
w innych metropoliach świata, ale zatroskanych obywateli, którzy bardzo
chcą pomóc biednym gajdzinom.
Jest to coś, czego należy w Japonii starannie unikać,
bowiem po pierwsze zatroskani obywatele bardzo rzadko wiedzą więcej
od zagubionych turystów, a po drugie, bardzo trudno ich się potem
pozbyć.

W wyniku tego, znalezienie hotelu oddalonego
pięć minut od stacji metra, zajmuje nam około godziny.
Z czego większość spędzamy na uprzejmych ukłonach
i tłumaczeniu przemiłej japońskiej parze, że
aczkolwiek bardzo doceniamy ich pomoc, to do
niczego nie jest nam ona potrzebna. Zrezygnowani
dajemy w końcu za wygraną i pozwalamy się zaciagnać
do kompletnie nieprzydatnej informacji turystycznej,
skąd uciekamy bocznymi schodami na ulicę, gdzie
Ewa z łatwością znajduje drogę do pobliskiego hotelu.
Hotel ma pokoje wielkości niedużej amerykańskiej szafy, jeszcze mniejszą łazienkę niż w Tokio, za to bardziej skomplikowaną deskę kiblową, zaopatrzoną w ogromną ilość guzików, których na wszelki wypadek staram się nie naciskać. Szczęśliwie pod lustrem wisi instrukcja obsługi po angielsku. Nie powiem, całe to ustrojstwo dosyć mi się podoba, zwłaszcza ciepełko od spodu po długim spacerze w lekkiej wiosennej mżawce.

Następnego dnia, w takiej własnie mżawce spacerujemy po zamkowym parku. Zamek w Osace odbudowano z gruzów podobnie jak bliskie mojemu sercu Stare Miasto w Warszawie. I podobnie jak tamto wygląda on pięknie i autentycznie, zwłaszcza na zewnątrz. Białe mury są, co prawda, z betonu, ale tego wcale nie widać. Charakterystycznie zakręcone dachy japońskiej architektury dodają murom eterycznej lekkości. Nic dziwnego, że te zamki często porównuje się do żurawich skrzydeł. W porannej mgiełce zamkowe mury nad fosą wygladają ulotnie i nierealnie.
Ludziom mżawka najwyraźniej w niczym nie przeszkadza, niebieskie plandeki leżą przygotowane na weekend, a ludzie siedzą pod drzewkami kompletnie nie zwracając uwagi na drobną przeszkodę w postaci deszczu. Kolorowa kolejka obwozi dzieci i znużonych spacerem turystów po rozleglym terenie, na którym z każdą minutą przybywa amatorów kwitnącej wiśni, zwłaszcza, że mżawka przechodzi, a zza chmur wychodzi wiosenne słońce.

Razem ze słońcem w alejkach parku pokazują się uliczni
sprzedawcy. Oferują liczne kulinarne przysmaki i lokalne
omiyage, czyli znane nam ciasteczka i galaretki z zielonej
herbaty. Jeden z natrętów wciska nam w ręce próbkę
różowawego napoju. To herbata z kwitnących wiśni.
W smaku niczego mi nie przypomina, najprędzej już
przegotowaną wodę, ale na zdjęciu wychodzi pięknie.

Kulminacją naszego pobytu w Osace miało być przedstawienie bunraku. Sezon zaczął się wczoraj, więc znowu mieliśmy szczęście, ale po pierwszym akcie postanawiamy nie przeciągać struny. Co za dużo, to niezdrowo, a dwugodzinna część pierwsza całkowicie zaspokaja nasz apetyt na oryginalne przedstawienie teatralne. Pięknie stylizowane lale wielkości sporego dziecka obsługiwane przez trójkę na czarno ubranych animatorów przeżywały na scenie operowe losy przy dźwiękach powolnej i jak dla mnie malo melodyjnej muzyki. Zgodnie opuszczamy akt drugi i trzeci i wracamy na Dotombori.
Na pożegnanie Osaki postanawiamy zaszaleć i zamiast pożywić się jak wczoraj ulicznymi specjałami wybieramy elegancką restaurację, gdzie posiłek przygotowuje się samemu przy stole. Przy okazji popełniamy kolejne gajdzińskie przestepstwo i zamiast jak ludzie zamówić jeden rodzaj podgrzewacza zamawiamy trzy różne. Uprzejma kelnerka usiłuje nam z początku wyperswadować niestosowność takiego zamowienia, ale ponieważ nikt nie chce zrezygnować ze swojego pomysłu, na stole ląduje nam oprócz jedzenia pokaźna ilość elektrycznych kuchenek i przewodów. Nie psuje to nam apetytu, chociaż spojrzenia japońskich przeważnie konsumentów przy sąsiednich stolikach dają wyraźnie do zrozumienia, co oni sobie myślą. Po obfitym obiedzie spacerkiem przez ciemne alejki wracamy do hotelu. Przed nami dwie dziewczyny najwyraźniej dopiero wyruszają w miasto. Jest piątkowy wieczór i Osaka dopiero się rozkręca, przed nimi cały rozrywkowy weekend. A przed nami ostatni etap naszej japońskiej przygody, półwysep Noto, czyli tam gdzie Ewa mówi dobranoc.

.