
czyli
neony,
kwitnące
wiśnie i Asahi Super Dry.
W parku Ueno jest tłok. Nic dziwnego, jest piękna, słoneczna niedziela
i kwitną wiśnie, czyli, po ichniemu, sakura. Czas sakury w Japonii,
to czas pikników na świeżym powietrzu pod kwitnącymi drzewkami,
na których nie ma ani jednego liścia. Jest za to całe mnóstwo kwiecia,
które oblepia gałązki. Jest tego pełno, a wygląda jak różowawy śnieg…
– Czy oni tu nic innego nie sadzą? – dziwię się, przepychając przez skłębiony tłum w parkowych alejkach.
– Sadzą – mówi Ewa – Klony. Żeby było też ładnie jesienią…
– Sprytnie… – mruczę pod nosem i ustawiam się pod białoróżową chmurą. Nie możemy się powstrzymac od robienia zdjęć. Ściskamy aparaty w gotowości i pstrykamy bez opamiętania. Płatki bardzo już rozwiniętych kwiatków wirują w powietrzu przy każdym powiewie wiatru, wiśniowy śnieg pada jak w japońskiej bajce. Ludzie siedzą na niebieskich plandekach, od piątku rezerwując co lepsze miejsca pod kwitnącymi drzewkami. Tak się tutaj celebruje Hanami, czyli Święto Kwitnącej Wiśni. Mamy kupę szczęścia, ze przylecieliśmy właśnie teraz. Tydzień wcześniej kwiatki były biedniejsze, a jeszcze wcześniej nie było ich wcale. Tydzień później opadną i nie będzie po nich śladu, aż do przyszłego roku. Ludzi pełno na każdym, maleńkim nawet kawałku wolnego miejsca, śmieją się, pichcą mięso na przenośnych grillach, piją piwo. Króluje moje ulubione Asahi Super Dry. Świetnie idzie do sushi. Przez tłum przepycha się facet z zamówioną pizzą. Ciekawe, jak w tym kłębowisku znajdzie swojego klienta? Wyciąga komorkę, dzwoni, rozgląda się dookoła. Ktoś macha. Za chwilę pizza ląduje obok klienta.
Telefon komórkowy, wszechobecny na ulicach Tokio, ciągle
do czegoś się przydaje. Nie
mam pojęcia jak bez niego, Tokijczycy trafiali kiedyś do
znajomych. Adresy w Tokio są kompletnie nieprzydatne. Ulice nie ma nazw, a numerowanie budynków
odbywa się według kompletnie dla mnie niezrozumiałej
zasady. Nie tylko dla mnie, nawet
lokalni mają trudności. A co
dopiero my. Większość nazw jest za długa, i wszystkie
jakieś podobne. Na dodatek trudno
odczytywać male literki zachodniego alfabetu naścibolone pod
krzaczkami chińskiego
kanji. I nie wszedzie są. Do naszego mieszkania trafiamy
właśnie dzięki komórce Ewy i sympatycznemu panu Kuno, który
czeka na stacji metra. Nazwa naszej
dzielnicy zostaje natychmiast przechrzczona na Misio Jogi Kuba, po to aby
łatwiej zidentyfikować nieznany dźwięk w nazwach kolejnych
stacji metra.

Pogoda nam dopisuje. Kwiecień w Japonii jest jak w Polsce,
przeplata trochę zimy, trochę lata. Kiedy planowaliśmy wycieczkę
w okolice Fuji, nie było jej wcale widać za chmurami,
Natomiast w piatek, od rana, wyszło nagle słońce.
Zobaczyliśmy ją w całej okazałości już z okien autokaru.
Wejść się na nią jeszcze nie da, scieżki dla pielgrzymów otwiera się w lecie,
ale nagapić się można do woli.
W ogóle mamy trochę szczęscia. Nawet nie takie trochę, bo jeszcze parę dni temu było całkiem niewesoło. Na trzy dni przed naszym odlotem do Tokio na półwyspie Noto, to znaczy tam, gdzie od prawie roku mieszka nasza Ewa, zatrzęsło. I chociaż trzęsienia ziemi w Japonii nie są rzadkością, to ta okolica, po przeciwnej niż Tokio stronie wyspy Honshiu, miała opinię sejsmicznie spokojnej. Ostatnie trzęsienie ziemi było osiemdziesiąt lat temu. A tu nagle, dokładnie w środku pakowania, w sobotę po poludniu – telefon…
– Mieliśmy trzęsienie ziemi… – poinformowało dziecko.
– Jak to? Przecież u was nie ma…– powiedziałam skołowana. Nie spodziewałam się jej o tej porze… u niej była przecież niedziela rano… zwykle rozmawiamy poźniej, przez Skype’a… i dopiero wtedy do mnie dotarło. – No i co? Gdzie jesteś? Nic ci się nie stało? Co się dzieje?
– Własciwie to nic… Jechałam samochodem na ceremonię zakonczenia roku i nagle kierownica zaczęła mi odmawiać posluszeństwa – tłumaczyło dziecko podejrzanie spokojnie, chyba jeszcze w szoku. – Najpierw myślałam, że mi się samochód popsuł, a potem dojechałam do szkoly i tam mi powiedzieli. A teraz stoimy razem z całą kupą ludzi i jakoś tak głupio… Chyba pojadę do domu, chociaż trochę się boję...

Tak zaczęła się trzydniowa nerwówka.
Zniszczenia okazały się niewielkie, dzięki małej jak na Japonię gęstosci zaludnienia.
Mieszkanie Ewy prawie nie ucierpiało, stłukło się tylko parę skorup jak spadały z pólek.
Epicentrum było dwadzieścia kilometrow od jedynego w okolicy lotniska,
gdzie popękał pas startowy Ten, z którego Ewa miała wylecieć w czwartek,
żeby nas powitać na lotnisku w Tokio.
Główną autostradę do lotniska w Kanazawa zamknęli
z powodu zawalonych tuneli.
Wpadaliśmy i wypadaliśmy z paniki w panikę,
zwłaszcza, że wstrząsy się powtarzały, coraz rzadziej, slabiej ..
ale za każdym następnym obniżała się nam na nie odporność…
W środe, kiedy odlatywaliśmy z Houston, sytuacja byla już pod kontrolą. Ewa siedziala na walizce, na wszelki wypadek nie u siebie, na pięterku, ale u swoich gospodarzy na parterze, lotnisko w Noto działało pełną parą, i po czternastogodzinnym locie rzuciliśmy się sobie w objęcia na lotnisku w Naricie.
– Tu wcale nie trzęsie – oznajmiła uszczęśliwiona Ewa.
– Mamy teraz dziesiec dni, żeby tam tez przestało – dodaje zadowolona, bo dziecko wygląda kwitnąco. Nieuszkodzone, bezpieczne, rozpromienione i gotowe do akcji. W euforii ruszamy w Tokio. Ewa była tu wcześniej, poszła wiec jak burza i poprowadziła nas przez lotnisko jak po swoim. Z rodzicielską dumą obserwowaliśmy jak negocjuje w obcym, dziwnym jezyku, kłaniając sie przy kazdej możliwej okazji, nawet do słuchawki telefonu komórkowego.

Transport miejski w Tokio to cud ludzkiego geniuszu.
Pociągi państwowe, prywatne oraz sieć metra tworzą labirynt skomplikowany,
ale pracujący bezbłędnie i punktualnie.
Dzieki japonsko-jezycznej córce lądowanie mamy w nim miekkie.
Trudno sobie wyobrazić nasze tak skomplikowane podróże bez Ewy.
Prawie nigdzie nie ma człowieka, którego można by się o cokolwiek zapytać.
Są za to automaty i ogromne tablice zapisane drobnymi krzaczkami.
Nie dość, że nie mam pojęcia, gdzie jestem, to nie wiadomo, gdzie jechać i za ile.

Wrażenie zagubienia
potęguje się o zmroku, kiedy zaczynają mrugać neony,
tablice swietlne i ekrany telewizyjne drapaczy chmur w Shinjuku, Shibuya, czy
Akihabara. Kakofonia dźwięków
w obcym języku atakuje z każdej strony. Czuje się jak w
futurystycznych filmach Ridleya Scotta.
To w końcu kwintesencja tego, czego się po Tokio
spodziewałam.
Ale czasem znajdujemy inne Tokio. Też pelne ludzi, bo tego nie można tutaj uniknąć, ale spokojniejsze, tradycyjne. Ze świątyniami i zielenią, śmiesznie poprzebieranymi nastolatkami, wystawiającymi się chętnie do zdjęcia. Ludźmi spieszącymi z podmiejskiego supermarketu do domów z siatkami pełnymi zakupów. Spokojne, zwyczajne, i bardzo przyjazne. Pomimo kompletnego braku werbalnego porozumienia, czujemy się bezpiecznie, a ludzie wydają się nam życzliwi. No i te sushi. W poniedzialek rano, na pożegnanie Tokio jedziemy na rybny targ do Tsukiji. To największa na świecie poranna gielda tuńczyka. Zjadamy tam nasze ulubione tokijskie śniadanie, najświeższe na świecie sushi i piwo Asahi Super Dry. To koniec naszej tokijskiej przygody. Przed nami Kioto….
