|
Big Bend National Park Wielkanoc 2005 relacja rodziny Madejow z wiosennej wycieczki |
||
|
Na Wielkanoc u nas jest cudowna pogoda (70 stopni F, 18 stopni Celsjusza) i cudownie przezroczyste powietrze, bez wilgotnosci. Sniegu w zimie nie bylo w ogole, jak co roku. Jest wiec okazja aby ”wyskoczyc” poza miasto na wycieczke. Nasz wyskok to jak zwykle w gory. Tym razem do Big Bend National Park w Texasie przy granicy z Meksykiem. Najwiekszy park w Texasie. Gory sa dosc wysokie ok 8000 stop, czyli ok. 2300 mnpm. ”Wychodza” prosto z pustyni czyli z plaskowyzu. Jest 12 godzin jazdy samochodem z Houston; droga prosta, dlugo sie jedzie nie mijajac zadnych miejscowosci, nie widzac ludzi - pustynia. Miasteczka sa mniej wiecej co godzine, uzupelnia sie benzyne, czasem je sie obiad lub kolacje i dalej w droge. Spimy w motelu przy drodze, bo rozkladamy jazde na poltora dnia. Samochod jedzie ”sam” czyli na pilocie. Pilot ustawia sie na stalej predkosci, ale kierownice trzeba trzymac. Czasem zartuje do Janka, ze i kierownice mozna zablokowac i pojsc spac na pare godzin. Samochodow prawie nie ma, raz na jakis czas mijaja nas ”18-wheelers” czyli TIR-y. A pustynia to nie pustynia bo wszystko teraz kwitnie. Malenkie kwiatki i biale i zolte i filetowe. Czasem wydaje sie jakby pustnia byla pokryta zlotym dywanem, tak duzo ich jest. I kaktusy w ksztalcie palm tutaj zwane ”Yucca” (czyta sie jakka) tez kwitna. Kwiaty maja biale strzeliste jak wieze do gory. Sa tez kwiaty Texasu zwane ”blue bonnets”, bialo-niebieskie jak dywany przy drodze. I czasem tylko male krzaczki, ktore gina potem latem na sloncu, ktore pali wszystko. A Chopin gra z plyty CD. Piekne jest zycie. Wracam do wyprawy. Dojechalismy do Big Bend wczesnym popoludniem, tylko aby ”zlapac” ostatnie miejsce na campingu w gorach. Tylko w gorach, bo inne sa na plaskej pustyni a tam upal nie do zniesiena. Rozbijamy namioty dwa, jedna 4-ka, jedna 2-ka. Idziemy do budki parku aby zdobyc pozwolenie na ”wyprawe w dzicz” czyli ”wilderness permit”, ale juz zamkneli. Musimy przyjsc nastepnego dnia. Poznym poludniem idziemy jeszcze na 2.5 godzinna, ok 4 milowa, rozgrzewke na szlak. Trasa nazywa sie „Window” bo idzie sie w dol, a na koncu skaly ukladaja sie w ksztalcie okna w gore strzeliste pionowe skaly. Na dole 1000 stop nizej jest pustynia. Plynie nawet maly strumien. Jemy tam na skalach pozna kolacje, ale za to z jakim widokiem! Wracamy juz po ciemku, bo jak slonce gasnie, to w ciagu 5 minut robi sie ciemno. Prysznicow nie ma tu w gorskim campingu. Idziemy spac. Noc lodowata, spiwory i cieple ubranie bardzo sie przydaja. Rano Janek robi pobudke wczesnie, szybkie sniadanie i pakowanie plecakow w gory. Oj, to jest zadanie, bo trzeba o wszystkim pamietac, a musi byc lekki, nie wiecej niz 30 funtow na glowe dla mnie i dziewczyn, chlopaki maja chyba 40-50 funtow (20-25 kg). Trzeba brac ze soba cala wode do picia. W gorach wody nie ma, bo to gory pustynne. Woda najciezsza, a trzeba miec prawie 2 galony (8 litrow) na osobe na 2 dni, tego wymaga park. Poza tym jedzenie, kuchenka, choc malo do ubrania (czapki zimowe, dlugie spodnie i fleece), nic z kosmetykow. Plecaki ”z kominem” wszyscy maja nowe oprocz Janka, co ma 20-to letni. Pozwolenie na wyprawe, daja nam na najblizszym campingu, czyli ”tylko” 4 mile w gore. Idziemy. Tym razem mnie troszke ciezko przy podejsciach, ale dzieciaki gnaja jak z wiatrem. Z przystankami wchodzimy na wysokosc ok. 2200 npm czyli 7000 stop. Zajmuje nam to ok 4 godzin w pelnym sloncu. A strasznie juz goraco, bo za pozno wyszlismy, poludnie juz i slonce w pionie pali. Dobrze ze troszke drzew na szlaku, co obniza temperature do 15 stopni. Dochodzimy do dzikiego campingu. Jestesmy jedyni teraz i w nocy. Przepiekna dolina pokryta suchymi (oczywiscie) wysokimi do pasa kepami trawy . Sa tez male drzewka mosquite, ktore daja cien, jedyna ulge w tym upale. Jest nawet cudowny chlodzacy wiatr. Ja padam ze zmecznienia upalem, a dzieciaki maja mnostwo energii - bardzo im sie tu podoba. Jestesmy jedyni na calej olbrzymiej dolinie. Ponad nami najwyzsza gora Emory Peak ok. 7000 stop, czyli cale 1000 stop wiecej niz dolina. Wieczorem jest on oswietlony cieplymi czerwonymi promieniami slonca, co stwarza widok jak na pocztowce. Odpoczywamy, jemy obiad. Dzieciaki bawia sie jeszcze pare godzin. A my, rodzice, w drzemke. Potem probujemy isc na krotka wyprawe po okolicy. Spotykamy grupe saren gatunku texaskiego”white tail” (biale ogony). Nie boja sie nas, szczypia trawe. Widzimy tez „havelinas” czyli tutejsze dziki; matka z malymi. Sa lagodne. Reszte dnia ”przebabimy” na odpoczynku, bo nogi bola (przynajmniej mnie). Spotykamy dwojke ludzi, ktorzy przechodza do campingu obok. Pozyczaja zapalki. Okazuje sie ze sa az z Pennsylvanii a przyjechali do”cieplych krajow” aby sie pogrzac w sloncu bo u nich zima. Widzimy zmieta trawe, gdzie pewno sarny spaly w nocy i stary rozpadajacy sie zelazny piecyk, ktory moze ma 100 lub wiecej lat. Szalenstwo spiewu ptakow nas prawie zaglusza. Pod wieczor jemy kolacje i kladziemy sie spac. Robi sie coraz zimniej, prawie lodowato, chyba troche powyzej 5ciu stopni C (ok 40 stopni F) Pakujemy sie wiec do spiworow. Dzieciaki maja dobre spiwory, my nie az takie cieple. Przed zasnieciem mamy w oczach strzeliste skaly Emery Peak oswietlone czerwonym sloncem. Nad ranem jest chlodnawo nawet w spiworach. Sniadanie z cieplych platkow owsianych wszystkim smakuje ze hej! Pakujemy wszystko co przynieslismy ze smieciami wlacznie. Bardzo tu dba sie o czystosc dzikiego campingu; ani okruszynki nie znajdziesz, bo inaczej zwierzyna przyjdzie w nocy aby sprawdzic. Lepiej nie probowac. I w droge Tym razem wychodzimy wszesniej, ok 8ej rano. Na trasie dosc sporo ludzi; spotykamy dwojke serdecznych Japonczykow, co wskrobali sie na Emery Peak. Rodzina z malymi dziecmi (ok 5 lat). Jak one sie tu wskrobaly!. Tym razem trasa dluzsza: 0.8 mili, potem 1 mila i znowu 3.5 mili. Ale juz niewiele w gore, ok 1000 feet pionowo, co mnie pociesza. Pogoda cudowna, nie za zimno, nie za cieplo; ale i wiatr odzywczy. Idziemy na poczatku glownie lasem. Widoki nie do opisania, strzeliste kominy w gore, ostro w dol doliny. Drzew nie ma tak wiele, tylko na trasie, nizej juz tylko kaktusy roznych ksztaltow i kolorow, Niebieska agawa i czasem te wysokie trawy, ktore sarny lubia. Po drodze czytamy tablice o pozarze w 1989 roku co zmiotl wszystkie drzewa w tej dolinie. Przechodzimy jeszcze przez dwie doliny i dwie przelecze. Niekiedy skaly sterczace pionowo pareset stop w gore. Wygladaja jakby kominy, bo tak szlak sie nazywa „Pinnacle”. Widok na kilkadziesiat mil, gory a dalej pustynia. Robi sie coraz cieplej w sloncu. Na drugi dzien w Kerrville idziemy do przepieknego kosciola, calego z bialego kamienia, z kolorowymi witrazami. Piekna uroczystosc Wielkanocna, pelny kosciol, wszyscy ubrani na bialo. Nie mozemy sie nadziwic z Jankiem jaki nowoczesny ale dobrze zaprojektowany kosciol. Pelen slonecznego swiatla z zewnatrz i z kolorowych, podswietlonych sloncem.witrazy. Na srodku bardzo kolorowa materia „quilt” dodaje jeszcze wiecej kolorow na tle bialego kamienia i jasnego drzewa. Chodzimy po typowym malym teksaskim miasteczku, stara czesc miasta dobrze zadbana, ale dosc chlodnawo i wietrznie. Obiecujemy sobie przyjechac latem, kiedy temperatura bedzie powyzej 100 stopni F (40 stopni C), bo duza chlodna rzeka plynie srodkiem miasteczka i jest plaza. Poznym poludniem wracamy do domu, po 6-cio godzinnym ”czytaniu”. Jest raczej chlodno i wietrznie, choc nadal slonecznie. |
||
| Zachecamy wszystkich do odwiedzenia Big Bend - naprawde warto! | ||
| Przeczytaj rowniez
Big Bend Trip by
Kamil |
|