|
|
Moj maz Janek jest bardziej “zwariowany” na punkcie gor niz ja, wiec po
letniej wyprawie do Grand Canyon, myslelismy duzo aby wybrac sie z
plecakami aby nocowac w gorach w namiocie. Dzieci juz maja po kilkanascie
lat i tez lubia wyprawy. Najwiecej chyba Kamil, najbardziej
wysportowany.
No wiec kupilismy duze plecaki, wzielismy spiwory kazdy
do swego plecaka, namiot i kuchenke wzial Janek. On tez rozpalcelowal
kazdemu jedzenie po rowno.
U nas w Texasie nie da sie wybierac w gory w lecie, bo
zar sie z nieba leje, nie do wytrzymania, ale jesienia i zima jest sliczna
pogoda. Tyle tylko ze tydzien przed wyprawa, spadl snieg wlasnie tam w
Guadalupe Mountains. W Texasie rzadko pada snieg, raz na 10 lat. Ale
bedzie wyprawa! Wzielismy cieple rzeczy jak na narty (prawie). To prawie
nas tak zaskoczylo, ale o tym pozniej. Rangers czyli jakby GOPR pilnuje
aby brac po galonie (ok 2 litry) wody na osobe na glowe, wiec i to trzeba
dzwigac, bo na gorze nie ma wody. Rangers przed wyjsciem sprawdzili
osobiscie czy mamy dosc wody. Mielismy. Wyszlismy z jeszcze jedna polska
rodzina ojciec Robert z dwojka synow 12, 14 lat. Bylismy dobrze
zaopatrzeni, tak myslelismy. Druga rodzina przyjechala o dzien wczesniej i
nocowala na polu namiotowym, juz tam w gorach. Jak przyjechalismy, to byla
tam juz wtedy temperatura ok 30 stopni F, czyli zero Celiusza. Wiatr
niemozliwy! W podmuchach trudno bylo stac! Wyruszylismy. Na poczatku
wspaniale sie szlo, ja duzo cwicze, wiec kondycja jako taka. Potem zaczelo
sie dosc dobrze pod gore. Tak jakby to ostatnie podejscie od Wodogrzmotow
Mickiewicza do Pieciu Stawow. Ale to w Tatrach wejscie to byla pestka w
porownaniu do tej trasy w Guadalupe. No tak, ten szlak, ktory wybralismy
byl najtrudniejszy w tej czesci gor. Myslelismy, co to dla nas. My
jestesmy stare wygi. Ale sie pomylilismy!
Wracajac
do opowiadania. Slonce swieci, dobra temperature, swietnie nam sie idzie.
Janek pierwszy ma kryzys po szesciu godzinach ostrej wspinaczki. On, taki
wysportowany, nie chce mi sie wierzyc! Zwykle to ja “wysiadam” pierwsza i
musze odpoczac aby dalej isc. A tym razem Janek. Wprost na trasie; sciezka
30 cm, w gore sciana prawie pionowa, w dol 200-300 m przepasc. A on siada
na srodku i mowi, ze dalej nie moze. Dostaje tez dreszczy, daje mu wiec
moja kurtke, sama w cieniutkiej Janka (bo Janek powiedzial “nie bedzie tak
zimno!”) Wcale nie spanikowalam, ja mialam sile aby dalej isc. Wiec sie
rozlaczamy, Robert z dzieciakami ida dalej, ja zostaje z Jankem. Daje mu
wode w duzej ilosci (potem sie okazalo ze wg Rangers to byl nasz glowny
problem = odwodnienie organizmu). Jestesmy na wysokosci ok 4500 stop,
czyli 1600 mnpm. Organizm zuzywa 30% wiecej wody niz normalnie, I jak jej
nie ma to slabnie. Daje mu Power Bar czyli cos dla sportowcow, glowne
skladniki potrzebne do wysilku. Biore z jego plecaka namiot (ale ciezki!)
i namawiam aby wolno isc dalej. Jest ok 6 wieczor, a nie wiemy jak daleko
jest do pola namiotowego w McKittrick Canion.
Mapy sa fatalne, nie wiemy gdzie jestesmy
na szlaku. Troszke juz zaczyna sie sciemniac. No wiec, wolno, krok za
krokiem idziemy. Aby Janek tylko mi nie padl na trasie! Abysmy tylko
doszli do doliny gdzie jest miejsce na namiot, bo tu nigdzie nie ma
miejsca, w dol przepasc, w gore skala lita, a sciezka 20-30-cm szeroka.
Byle dalej i dalej, a wiatr taki silny w porywach trzeba trzymac sie skal.
Juz zrobilo sie calkiem ciemno, po okolo godzinie marszu. Nic nie widac, gdzie
jest ten szlak? Ja mam kryzys. Ale cale szczescie weszlismy do malego lasu,
tzn teren sie troszke splaszczyl. Las jest caly w sniegu!!! Ja chce abysmy
szli dalej mimo kryzysu, ale Janek jest za tym aby sie tu rozbic. Nie mamy
kontaktu z Robertem I dzieciakami, ale ludzimy sie ze moze chociaz oni
doszli do doliny. Decyzja: tu sie rozbiajamy. Wiatr jak oszalaly szarpie
namiotem, co pare sekund kladzie go calego na ziemi, albo na nas. Trudno
go rozbic, ale jakos poszlo. Lezymy kazdy w swoim spiworze, we wszystkim
co mamy w plecaku wlaczajac w to reczniki i 3 pary skarpetek, kurtki,
rekawiczki.
Na poczatku nie mozemy sie rozgrzac. Trzesiemy sie z zimna. Jestem tez
przerazona, bo Rangers powiedzieli ze sa tu czarne niedzwiedzie i czasem
odwiedzaja ludzi. Kazda szarpanina wiatru to mi sie wydaje ze albo to mis
nas odwiedzil, albo namiot sie wlasnie podarl. Nie zasnelam ani na chwile
tej nocy. Cala okryta z glowa w spiworze, Janek tez. Prowadzimy dyskusje “spisz?”
“Czy to niedzwiedz?” Chyba nie. Janek pije i pije, a potem trzeba wyjsc
aby wyproznic. Ja tez. I cala taka noc. On nic nie glodny, ale ja jem
sucha bulke, aby bylo cieplo. Nie ma szansy na zapalenie kuchenki - wiatr
zdmuchnie!
Temperatura duzo ponizej zera C, ok 10 stopni F. Rano
mimo cudownego slonca i niebieskiego nieba, nie robi sie nic cieplej.
Probujemy rozpalac kuchenke i jesc ciepla zupe. To nas troche rozgrzewa.
Janek oszczedza sily, ale ja probuje isc dalej bez plecaka, aby znalezc
reszte grupy. Znajduje ich. Sa ciepli, rozgrzani, i nie bylo tak daleko do
doliny. Maya tylko placze na moj widok, bo rece zmarzniete. Co za ulga!! Z
powrotem czeka nas marsz z gory ok 7 godzin.
W gore szlismy wiecej. Janek boi sie czy mu starczy sil, bo w nocy bolal
go jeszcze brzuch (nie wiem z czego; potem Ranger nam wytlumaczyl, ze
wypil tak duzo plynu dla sportowcow, i za duzo cukru bylo) Jest tez bardzo
oslabiony. Ja czuje sie OK. Idziemy we trojke: Janek, Maya i ja. Reszta
“grzmi” na dol za szybko jak dla nas. Rozgrzewamy sie idac, zdejmujemy
kolejne czesci garderoby. Jakos szybko trasa nam przeszla, Maya potem
nawet spiewa, jak zawsze jak jest w dobrym humorze, bo lubi chodzic po
gorach. Na dole dostalismy od Ranger “pogadanke” aby tak nigdy wiecej, bo
mozemy pasc na trasie a z nim nie ma polaczenienia zadnego. Telefon nie
dziala w gorach, a zreszta nawet nie wzielismy. Ale “kazanie” nam dal!
Nastepna noc juz w hotelu, w cieplym lozku, choc planowalismy zostac tam w
gorach 3 dni. Wrocilismy wczesniej do domu, cali zdrowi, zadowoleni, ze
nic nikomu sie nie stalo. Nastepnym razem bedziemy lepiej
przygotowani!
|
|