Ania Madey opowiada Polakom w kraju
o ostatniej wyprawie w gory Guadalupe Mountains w Zachodnim Texasie
Thanksgiving 2004.
 
 
     Moj maz Janek jest bardziej “zwariowany” na punkcie gor niz ja, wiec po letniej wyprawie do Grand Canyon, myslelismy duzo aby wybrac sie z plecakami aby nocowac w gorach w namiocie. Dzieci juz maja po kilkanascie lat i tez lubia wyprawy. Najwiecej chyba Kamil, najbardziej wysportowany.

     No wiec kupilismy duze plecaki, wzielismy spiwory kazdy do swego plecaka, namiot i kuchenke wzial Janek. On tez rozpalcelowal kazdemu jedzenie po rowno.

     U nas w Texasie nie da sie wybierac w gory w lecie, bo zar sie z nieba leje, nie do wytrzymania, ale jesienia i zima jest sliczna pogoda. Tyle tylko ze tydzien przed wyprawa, spadl snieg wlasnie tam w Guadalupe Mountains. W Texasie rzadko pada snieg, raz na 10 lat. Ale bedzie wyprawa! Wzielismy cieple rzeczy jak na narty (prawie). To prawie nas tak zaskoczylo, ale o tym pozniej. Rangers czyli jakby GOPR pilnuje aby brac po galonie (ok 2 litry) wody na osobe na glowe, wiec i to trzeba dzwigac, bo na gorze nie ma wody. Rangers przed wyjsciem sprawdzili osobiscie czy mamy dosc wody. Mielismy. Wyszlismy z jeszcze jedna polska rodzina ojciec Robert z dwojka synow 12, 14 lat. Bylismy dobrze zaopatrzeni, tak myslelismy. Druga rodzina przyjechala o dzien wczesniej i nocowala na polu namiotowym, juz tam w gorach. Jak przyjechalismy, to byla tam juz wtedy temperatura ok 30 stopni F, czyli zero Celiusza. Wiatr niemozliwy! W podmuchach trudno bylo stac! Wyruszylismy. Na poczatku wspaniale sie szlo, ja duzo cwicze, wiec kondycja jako taka. Potem zaczelo sie dosc dobrze pod gore. Tak jakby to ostatnie podejscie od Wodogrzmotow Mickiewicza do Pieciu Stawow. Ale to w Tatrach wejscie to byla pestka w porownaniu do tej trasy w Guadalupe. No tak, ten szlak, ktory wybralismy byl najtrudniejszy w tej czesci gor. Myslelismy, co to dla nas. My jestesmy stare wygi. Ale sie pomylilismy!
Wracajac do opowiadania. Slonce swieci, dobra temperature, swietnie nam sie idzie. Janek pierwszy ma kryzys po szesciu godzinach ostrej wspinaczki. On, taki wysportowany, nie chce mi sie wierzyc! Zwykle to ja “wysiadam” pierwsza i musze odpoczac aby dalej isc. A tym razem Janek. Wprost na trasie; sciezka 30 cm, w gore sciana prawie pionowa, w dol 200-300 m przepasc. A on siada na srodku i mowi, ze dalej nie moze. Dostaje tez dreszczy, daje mu wiec moja kurtke, sama w cieniutkiej Janka (bo Janek powiedzial “nie bedzie tak zimno!”) Wcale nie spanikowalam, ja mialam sile aby dalej isc. Wiec sie rozlaczamy, Robert z dzieciakami ida dalej, ja zostaje z Jankem. Daje mu wode w duzej ilosci (potem sie okazalo ze wg Rangers to byl nasz glowny problem = odwodnienie organizmu). Jestesmy na wysokosci ok 4500 stop, czyli 1600 mnpm. Organizm zuzywa 30% wiecej wody niz normalnie, I jak jej nie ma to slabnie. Daje mu Power Bar czyli cos dla sportowcow, glowne skladniki potrzebne do wysilku. Biore z jego plecaka namiot (ale ciezki!) i namawiam aby wolno isc dalej. Jest ok 6 wieczor, a nie wiemy jak daleko jest do pola namiotowego w McKittrick Canion.

       Mapy sa fatalne, nie wiemy gdzie jestesmy na szlaku. Troszke juz zaczyna sie sciemniac. No wiec, wolno, krok za krokiem idziemy. Aby Janek tylko mi nie padl na trasie! Abysmy tylko doszli do doliny gdzie jest miejsce na namiot, bo tu nigdzie nie ma miejsca, w dol przepasc, w gore skala lita, a sciezka 20-30-cm szeroka. Byle dalej i dalej, a wiatr taki silny w porywach trzeba trzymac sie skal. Juz zrobilo sie calkiem ciemno, po okolo godzinie marszu. Nic nie widac, gdzie jest ten szlak? Ja mam kryzys. Ale cale szczescie weszlismy do malego lasu, tzn teren sie troszke splaszczyl. Las jest caly w sniegu!!! Ja chce abysmy szli dalej mimo kryzysu, ale Janek jest za tym aby sie tu rozbic. Nie mamy kontaktu z Robertem I dzieciakami, ale ludzimy sie ze moze chociaz oni doszli do doliny. Decyzja: tu sie rozbiajamy. Wiatr jak oszalaly szarpie namiotem, co pare sekund kladzie go calego na ziemi, albo na nas. Trudno go rozbic, ale jakos poszlo. Lezymy kazdy w swoim spiworze, we wszystkim co mamy w plecaku wlaczajac w to reczniki i 3 pary skarpetek, kurtki, rekawiczki.

     Na poczatku nie mozemy sie rozgrzac. Trzesiemy sie z zimna. Jestem tez przerazona, bo Rangers powiedzieli ze sa tu czarne niedzwiedzie i czasem odwiedzaja ludzi. Kazda szarpanina wiatru to mi sie wydaje ze albo to mis nas odwiedzil, albo namiot sie wlasnie podarl. Nie zasnelam ani na chwile tej nocy. Cala okryta z glowa w spiworze, Janek tez. Prowadzimy dyskusje “spisz?” “Czy to niedzwiedz?” Chyba nie. Janek pije i pije, a potem trzeba wyjsc aby wyproznic. Ja tez. I cala taka noc. On nic nie glodny, ale ja jem sucha bulke, aby bylo cieplo. Nie ma szansy na zapalenie kuchenki - wiatr zdmuchnie!

     Temperatura duzo ponizej zera C, ok 10 stopni F. Rano mimo cudownego slonca i niebieskiego nieba, nie robi sie nic cieplej. Probujemy rozpalac kuchenke i jesc ciepla zupe. To nas troche rozgrzewa. Janek oszczedza sily, ale ja probuje isc dalej bez plecaka, aby znalezc reszte grupy. Znajduje ich. Sa ciepli, rozgrzani, i nie bylo tak daleko do doliny. Maya tylko placze na moj widok, bo rece zmarzniete. Co za ulga!! Z powrotem czeka nas marsz z gory ok 7 godzin.
     W gore szlismy wiecej. Janek boi sie czy mu starczy sil, bo w nocy bolal go jeszcze brzuch (nie wiem z czego; potem Ranger nam wytlumaczyl, ze wypil tak duzo plynu dla sportowcow, i za duzo cukru bylo) Jest tez bardzo oslabiony. Ja czuje sie OK. Idziemy we trojke: Janek, Maya i ja. Reszta “grzmi” na dol za szybko jak dla nas. Rozgrzewamy sie idac, zdejmujemy kolejne czesci garderoby. Jakos szybko trasa nam przeszla, Maya potem nawet spiewa, jak zawsze jak jest w dobrym humorze, bo lubi chodzic po gorach. Na dole dostalismy od Ranger “pogadanke” aby tak nigdy wiecej, bo mozemy pasc na trasie a z nim nie ma polaczenienia zadnego. Telefon nie dziala w gorach, a zreszta nawet nie wzielismy. Ale “kazanie” nam dal!

Nastepna noc juz w hotelu, w cieplym lozku, choc planowalismy zostac tam w gorach 3 dni. Wrocilismy wczesniej do domu, cali zdrowi, zadowoleni, ze nic nikomu sie nie stalo.  Nastepnym  razem bedziemy lepiej przygotowani!